Etykiety

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różności. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różności. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 lutego 2017

#136 Co zabrać w podróż samolotową lub długą samochodową?

Witajcie kochani!
Dziś wpis nie do końca we włoskiej tematyce, ale myślę, że równie interesujący dla każdego kto planuje niebawem dłuższą podróż. Sama zawsze miałam problem z tym co powinnam zabrać do torebki do samolotu czy do samochodu tak, aby zawsze mieć przy sobie to czego potrzebuję.
Nie będę wam wspominać o najbardziej oczywistych rzeczach typu chusteczki higieniczne, dokumenty, pieniądze... ale z przyjemnością pokaże wam co ja muszę mieć ze sobą, aby być spokojna w podróży, a jednocześnie czekam na wasze typy! Może wprowadzę do bagażu coś nowego. :)
Przede wszystkim małe perfumy. Są idealne do samolotu, bo to miniaturki i bardzo brakowało mi właśnie takich zapachów, które mogłabym mieć blisko siebie. Są niesamowicie trwałe, polecam każdemu! :)
Słuchawki KLIK, które są bardzo wygodne, bo bezprzewodowe i można w nich spać bez żadnych problemów! Przy okazji na hasło Skyeenika15 macie 15% rabatu. :)

Zestaw do spania czyli maseczka na oczy i ciepłe skarpety. Mój tata dostał taki uroczy zestaw na jakimś długim azjatyckim locie i mi podarował. Z jednej strony maseczki mamy napis- Obudź mnie na jedzenie, a z drugiej- Nie budź mnie wcale. :D W takim woreczku zajmuje minimum miejsca. Do tego pomadki ochronne, które w podróży wolę zdecydowanie bardziej od szminek mimo, iż na co dzień używam tylko kolorówki. Krem do rąk to też taki niezbędnik, bo bardzo irytujące jest, gdy wysusza nam się skóra i nic z tym nie możemy zrobić.
Książka i notatnik. Nie zawsze chce mi się w podróży czytać, ale bez notatnika to jak bez ręki, bo ja non stop coś notuję!
Cukierki dzięki, którym uszy nie zatykają się tak bardzo, a poza tym dla mnie jest to lepsza opcja niż guma do żucia. Masełko shea jest doskonałe na powieki, usta, przesuszone skórki. Działa natychmiastowo, a w tej wersji jest bardzo poręczne.
Bibułki matujące do twarzy, niezbędnik. Oraz telefon z grą, która nie wymaga stałego internetowego połączenia. Świetny sposób na zabicie czasu.
Szczotka do włosów, nie wyobrażam sobie mieć jej w bagażu ogólnym oraz jakaś miękka gumka do włosów. Klasyczne denerwują mnie po dłuższym czasie i ciągną mi włosy.
Okulary to także niezbędnik, zwłaszcza jeśli wysiadamy w ciepłych krajach, albo gdy długo jedziemy autem i często wysiadamy na postojach.
Krem Nivea. Zawsze najwięcej mam ze sobą kremów, ale jak wiecie nivea sprawdza się na wszystko. Oraz to już taki must have! Lekarstwo na oczy. Kropelki, albo taki żel, który ostatnio przepisał mi lekarz. Mam bardzo wrażliwe oczy i po pewnym czasie w suchym powietrzu, albo w sztucznym świetle, albo przy zmęczeniu zaczynam widzieć w okropnej jakości, mimo że nie mam żadnej wady wzroku.

A co wy przede wszystkim musicie mieć ze sobą w podróży? :)

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

#64 Sesja z Pauliną.

Witajcie kochani! :)
3 dni kompletnego luzu pozwoliły naładować mi baterię do pełna, ale to bardzo dobrze, bo reszta sierpnia będzie intensywna!
Mam nadzieję, że jesteście podekscytowani tak jak ja,bo mam dla was specjalny post, w którym główną rolę odgrywa Paulina. Przyznajcie, że jest cudowną modelką i elektryzuje swoim wzrokiem nawet przez ekran. :)
Pewnego lipcowego dnia jeszcze przed moim wyjazdem wybrałyśmy się we cztery na fotki i właśnie takie są tego efekty. Nie mogę uwierzyć jak dużo czasu minęło już od tego słonecznego dnia. Ktoś może zatrzymać ten czas? ;)

Instagram Pauliny- KLIK







Jak wam się podoba Paulina w roli modelki? :)
PS. Mam dla was także niepowtarzalną okazję. Możecie wybrać temat kolejnej notki. Czy chcecie, aby to była kolejna część wakacyjnego pamiętnika, przepis na panna cotta czy może lekcja smsowania po włosku? ;)
Na obydwa pytania odpowiadajcie w komentarzach, proszę! <3

wtorek, 5 lipca 2016

#52 Niedocenianie jako choroba cywilizacyjna.

Prawie wszyscy nie doceniamy tego co mamy.
Właśnie odkryłam Amerykę, pozwólcie mi się tym nacieszyć.
Do tych przewrotnych wniosków doszłam podczas nakładania kokosowej odżywki na kosmyki niesfornych włosów.
Zastanawiające jak wiele mych myśli spływa wraz z wodą i jak wielu z nich ponownie nie przetworze.
Czasem myślę, że wraz z laptopem powinnam zamieszkać pod prysznicem, gdybym zrobiła tak wieki temu, prawdopodobnie dziś wydałabym zbiór złotych myśli czy coś w tym rodzaju. Whatever.
Czasami czuje się w Polsce jak na emigracji. Nie zrozumcie mnie źle. Kocham swój kraj, mojego chłopaka, rodzinę i przyjaciół.
Kocham zimą dokarmiać wiewiórki w Łazienkach, a latem siedzieć z Tomasem w jednej z knajp i obserwować ludzi.
Na tych prozaicznych rzeczach ma lista się nie kończy. Kocham to miejsce, bo dało mi życie.
Co jednak mam myśleć skoro wciąż są takie dni, gdy budzę się słaba i usycham z tej tęsknoty. Gdy czuje pod skórą delikatną sieć naczyń krwionośnych, które swędzą, buntują się, nieprzerwanie pulsują doprowadzając mnie do szału.
Jak bardzo wszystko przeszkadza mi w te dni. Jak bardzo chce wziąć w dłonie kawałek mojej włoskiej ziemi i spojrzeć w oczy Wezuwiusza. Czuje jak powoli ogarnia mnie jedno wielkie rozdwojenie jaźni. Zwykłam tak żyć od lat, ale chyba coraz bardziej popadam w obłęd. Uczepiłam się swoich małych nadziei i dzięki nim oddycham nawet, gdy paraliżuje mnie taki strach, że popadam w paranoje znacznie większą od tych, które zwykłam czuć. Boję się, że moja bańka mydlana pęknie, a jednocześnie chce poza nią wyjść. Potrzebuję drgnąć na przód, bez tego nic się nie uda. Bez tego już jestem przegrana. Póki co czas jest moim sprzymierzeńcem, nie sądziłam, że kiedyś to powiem, ale pierwszy raz w życiu jestem szczęśliwa, że mam swój piękny, dodatkowy rok. Bo gdyby nie on gdzie teraz musiałabym się podziać?

Jakiś czas temu poznałam pewną dziewczynę, która jest jakby odbiciem mnie, a ja wciąż nie mogę w to uwierzyć.
Czy to możliwe, żeby los tak z nas kpił? Może dając nam fałszywe dowody tożsamości i porozrzucane po świecie miłości sprawdza naszą wytrzymałość? Może w tym wszystkim jest misterny plan?
Do sedna kochani.
Ona jest Włoszką. Ja jestem Polką.
Rozmawiamy po angielsku dla sprawiedliwości choć pewnie łatwiej byłoby nam po prostu po włosku lub polsku(ok mi byłoby łatwiej, chyba zapomniałam, że ona jest 9cio języczna).
Gdy ja opowiadam jej o tonach makaronu, które przyrządziłam na sto różnych sposobów, ona mówi mi z czym dziś zjadła pierogi i że nasz bigos jest najlepszy na świecie.
Gdy ja jadę do Włoch ona wybiera się do Polski.
Gdy ja wieczorami staram się zapamiętać skomplikowane napoletańskie wyrażenia, ona przygotowuje się do zajęć z polskiej gramatyki.
Mówię jej, że Włosi to najmilszy naród świata, a ona oponuje i zapewnia, że nigdy nie spotkała tak otwartych ludzi jak w Polsce.
Ja chce być tam, a ona tu.
Czyż to nie zabawna sprawa?
Chyba znalazłam swoje magiczne lustro, ups.


piątek, 10 czerwca 2016

#46 Rady dla młodszej siebie.

Nie było mnie tu 10 dni. Przez ten czas prawie też nie komentowałam waszych blogów przez co troszkę mi głupio. Nie lubię znikać od tak, a więc mam dobry powód- egzaminy. Znaczna większość już za mną, ale to nie oznacza, że teraz z górki. Zostały dwa najcięższe, ale dam radę, bo jak nie ja to kto?!
Od wielu lat w sieci można zauważyć popularność postów na temat rad dla samej siebie, tyle, że w młodszej wersji. Sama ostatnio nad tym myślałam i sądzę, że mogę się z wami tym podzielić.
Ciekawi mnie także jakie pięć rad wy dałybyście swojemu młodszemu odpowiednikowi hmmm?:)

1. Spędzaj każdy dzień z przyjaciółmi. Okres mojego gimnazjum i liceum równał się całe dnie spędzone z przyjaciółkami, albo robiąc sesje. Potrafiłam cały weekend od rana do nocy mieć poustawiany zdjęciami, a w tygodniu zostawiać rzeczy po szkole, jeść obiad i lecieć na spacery, kawę, rolki. Spędzałam ogrom czasu z przyjaciółmi, ale z pewnością swojej młodszej sobie powiedziałabym- spędzaj go jeszcze więcej z tymi, których kochasz, bo potem oni odejdą... Będziecie pracować, studiować, mieć własne życie, poróżnicie się... I pewnego dnia poczujesz się choć trochę samotna.
2. Rób więcej zdjęć z przyjaciółmi! Robiłyśmy ich miliony, ale czasy mojego gimnazjum to czasy telefonów z 2 MPX.
Brak snapchata, instagrama, a nawet fb, bo wszyscy byli na grono.net! Część z nich, nawet większa część, skasowała mi się bezpowrotnie. Ehhh.
3. Ucz się angielskiego! Pokładanie całych moich sił w język włoski, a wcześniej francuski nie było do końca dobrym pomysłem.
Francuski z czasem przejadł mi się całkowicie (może nawet nie z czasem) i nic nie pamiętam. Włoski nadal jest moją miłością, ale angielskiego powinnam uczyć się z uśmiechem na twarzy już wcześniej, aby potem oszczędzić sobie wylanych łez i stresu.
4. Nie traktuj wszystkich tak serio, bo mając 15-16 lat mało osób jest NAPRAWDĘ.
5. Nigdy nie rób tego co wszyscy. Nie podążaj za tym co modne, szalone czy zakazane. Nie myśl o tym co mówią inni i czego ci życzą. Żyj własnym życiem, bo nigdy nie wiesz jak wiele przed tobą.




A wy co najważniejszego chcielibyście przekazać? 

wtorek, 10 maja 2016

#40 Rozliczenie z przeszłością.

Włączam muzykę. Reamon- supergirl. Zamykam oczy i znów mam kilka lat. Jadę na wakacje. Obserwuje zmieniający się za oknem krajobraz. Na horyzoncie majaczą sie niebezpieczne wierzchołki gór, coś co powoduje we mnie napady strachu. Mam wrażenie, ze zaraz rusza prosto na mnie i przygniotą mnie na zawsze. Nie ma ratunku.
Mam piec lat. Mieszkamy w małym domku pośrodku niczego. Trzeba niezłe się nagimnastykować, aby dostać się na górę na której stoi. Obok mieszka rodzina Niemców. Codziennie mijam ich biegnąc do śmietnika i krzyczę wesołe :guten morgen za które odwdzięczają mi się rozbawieniem. Niemiec cały dzień leży na hamaku i kartkuję prawdopodobnie ta sama gazetę. Znalazł się w raju wiec czegoż można chcieć więcej? Po drugiej stronie mieszka Włoszka z trojka dzieci. Maz wraca jednie na weekendy i wtedy zmienia się cały tryb życia rodziny. Gdzie znikają te krótkie sukienki i kolorowy makijaż? Chłopiec w moim wieku notorycznie ciągnie mnie za włosy, nie zrozumiemy do końca wakacji co do siebie mówimy, ale to nie przeszkadza mu przychodzić codziennie. Mam polską czekoladę, on dobre ciastka. Tak smakują dziecięce wakacje.
Jestem niewiele starsza, gdy idę do szkoły po raz pierwszy. Gorzki smak herbaty z trudem przepływa mi przez gardło. Wcale się nie ciesze. Łzy w oczach i niebieski plecaczek na plecach.
Mija kilka kolejnych lat. Moje włosy ciemnieją i chyba już nie będę jasna blondynka. Wypadają mi ostatnie mleczne żeby. Dotykam językiem nierówności jakie po sobie pozostawiły.
Ciepłe lata spędzam na dworzu z koleżankami i kolegami. Gramy w klasy i piłkę nożna, która zawsze wywoływała na mojej twarzy szczery uśmiech. Jemy moje ulubione wtedy lody kokosowe, do których sentyment pozostał mi do dziś. Przygłupie produkcje na mtv, myspace i proste gry na telefonie odcisnęły się na moich czasach i nie oddałabym ich za nic.
Mijają kolejne lata i jestem w miejscu, w którym nigdy nie chciałabym się znaleźć. W gimnazjum, które nie spełnia moich marzeń i narzuca mi język francuski, który okazuje się utrapieniem. Szukam pozytywów i tworze miliony zmyślonych historii, które zapisuje w każdej wolnej chwili. Zbiory zeszytów z powyrywanymi kartkami i posklejanymi planami. Mogłabym być kim tylko bym chciała. Dziennikarstwo i fotografia cisnęły mi się na usta, gdy tylko ktoś pytał o przyszłość. Chciałam zbawiać świat od zawsze. Pisać o polityce, o problemach i walczyć za innych, a potem... Chciałam zamykać piękno na kilku błyszczących fotografiach, szokować, inspirować i zawsze znajdywać się na samym szczycie nie dając o sobie zapomnieć. Liceum było miejscem idealnym choć traktowałam je z przymrużeniem oka. Robiłam zdjęcia. Przypomnij sobie jakie to cudowne uczucie planować coś, czekać na to i w końcu realizować! Spędzałam długie noce nad photoshopem i pendrive tworząc tysiące jak mi się wydawało kopii.  Mogłabym przywołać smak każdej spędzonej tak chwili. Odtworzyć od nowa każdy uśmiech, każdy pstryk i każdy odmrożony palec. Zakochałam się. I jak się okazało nie tylko w fotografii. Przeszłam długa drogę podczas, której unosiłam się ze szczęścia, upadałam, paliłam swoje ideały i zarzekałam, ze już nigdy nie zbawię świata! Wyszło mi to na dobre, gdy wszystko się skończyło. Skończyłam z zakochanym sercem wyrzucając z niego wszystkie słabości i miłości. Stałam się zimna na pewien czas. Z aparatem wciśniętym w kat i przyrzeczeniem, ze w tym życiu nie zrobię już więcej zdjęć. I wtedy nauczyłam się najwięcej ze wszystkich tych lat. Przeleciała mi przed oczami roześmiana 5 latka i chciałam ja wziąć w ramiona, zderzając się z własnym odbiciem. Moja słodka imaginacjo! Przywołałam zapach szwajcarskich kwiatów we włosach, belgijskiej czekolady, świeżo kupionej książki i pierwszego śniegu. Poczułam, ze ideały czasem się pala i nie ma w tym nic złego. Nie takie tragedie widział świat. Przekreśliłam dziennikarstwo wierząc, ze idę w dobra stronę. Przestałam walczyć o zbawianie świata. Mogłabym zatracić się w rozpaczy, w tęsknocie za utraconymi ideałami i spędzać dni z zegarkiem w ręku odliczając ze smutkiem kolejne godziny, które nigdy się nie powtórzą.  Ale czy to coś by zmieniło skoro nadal jestem ta sama osoba co dziesięć, piętnaście lat temu? Czyż nie jest tak, ze wszyscy kreujemy swoją drogę tak, aby z wesołej kilkulatki stać się pewna świadomością? Czyż nie jest w tym pewien misterny plan? Czyż nie gromadzimy gorzkich momentów po to, aby się czegoś uczyć? By zbierać niewidoczne na naszej skórze pręgi przeżyć? O to chyba chodzi , aby przez całe życie dostrzegać w sobie ta sama osobę. Nie zależnie od tego co wybierzemy i gdzie pójdziemy. żeby nie czuć smutku myśląc o tym co utraciliśmy. Żeby pamiętać, ze to co przeżyliśmy jest nasze. Tylko nasze. Tak to naprawdę byłeś kiedyś ty! I nadal jesteś. Nie marnujmy życia na wskrzeszanie naszych złamanych marzeń, a kierujmy energię w stronę tego co żywe. Twórzmy, bawmy się i stawiajmy nowe cele. Bez żalu za tym co się nie udało. Pamiętaj o beztroskiej pięciolatce.
And then she'd say: It's OK, I got lost on the way
But I'm a Supergirl and Supergirls don't cry.




Zdjęcia zrobił mi Timek spontanicznie iphone'm w któryś z jeszcze chłodnych, kwietniowych dni. I tak na wszystkich patrzę w dół, haha! A co do wpisu to będzie to chyba mój ulubiony post w życiu, bo ilekroć przewijałabym tekst czuję w nim całą siebie, a przy okazji łzy w oczach.
Jak wyglądają wasze wspomnienia, które szczególnie odcisnęły wam się na sercu?

czwartek, 28 kwietnia 2016

#37 Wolność.

Wolność kocham i rozumiem. Wolności oddać nie umiem." 
Wiosenne powietrze jest takie uspokajające, że napełnianie nim płuc przynosi złudne wrażenie nieśmiertelności. Dryfując po ostatkach zdrowego rozsądku mogłabym powiedzieć to jednym krótkim zdaniem- wiosna zmienia w nas wszystko. 
Czy tylko ja traktuje tą porę roku jako cicha zapowiedź wolności? Symbol czegoś pięknego i czegoś co chciałabym zamknąć miedzy wersami w jednej z pamięciowych luk? 
Mogłabym zamieszkać w parku na zawsze. Widok wiosennych ludzi sprawia, ze zaczynam dostrzegać w nich coś co tracę na resztę roku. Wolność i spokój, które są dla mnie największą, niepohamowaną pasja. Myślę, że sami się tego pozbawiamy. Zamykamy siebie nawzajem w szczelnych klatkach ze złota. Są złote więc czy mogą być złe? Czy to złoto i blask dają nam właśnie to uczucie wolności i spokoju, które są tak marne, że aż żal o tym mówić? Pragniemy spokoju, a walczymy z ogniem wchodząc w drogę innym ludziom. Gubimy się w tym chyba. Przeraża mnie czasem wizja wolności i spokoju na niby. Przecież wciąż możemy patrzeć w niebo. To jest najpiękniejszy widok na świecie, bo przykrywa cała ziemie. Jest wszędzie gdzie byśmy się nie znaleźli. To daje mi spokój i wytchnienie. I powinno pozostać na dłużej niż tylko do końca wiosny. Kocham kochać i być kochana. Kocham przeglądać się w oczach dających mi bezpieczną przystań. Mogłabym tonąc w nich każdego dnia by potem łapać się rozpaczliwie ostatniej deski ratunku i odzyskiwać wolność. Wolność mych słów, czynów i przekonań. Ukochałam sobie to uczucie wolności i rozpaliłam w sercu do czerwoności. Bo czyż istnieje bardziej uniwersalna wartość, którą zrozumie każdy? Której pragnie każdy? Czyż nie ma nic bardziej doprowadzającego do desperacji, rozpaczy i wypruwania sobie żył niż właśnie tracenie wolności? 
Chciałabym pielęgnować swój mały ogródek pragnień, które nie przekraczają linii przyzwoitości, ale są mi tak potrzebne by żyć. 
Wolność do cieszenia się dniem dzisiejszym. Wolność do długich spacerów po krętych krawężnikach aż do zdarcia pięt, wolność do wyrażania emocji, do tańczenia w deszczu w rozkloszowanej spódniczce choć to kompletny banał. Do otarć z piasku na udach, picia herbaty przez słomkę i łamaniu obcasów na nierównych chodnikach. 
Myślę, że dostałam zbyt wiele- piękne i magiczne życie by pozwolić sobie zapomnieć czym jest wolność. 





Zdjęcia do życiówek jak zwykle stare i pomieszane. :) Tekst powstał kilka dni temu na brzegu wanny. Z dedykacją dla T. :*




czwartek, 21 kwietnia 2016

#34 O wszystkim i o niczym.

Nie lubię pisać postów o niczym. Może to moja chora przypadłość polegająca na tym, że nie przepadam za marnowaniem czasu innym i sobie. Wbrew pozorom takie pisanie o niczym może być przytłaczające także dla piszącego. Nie mając nic do przekazania światu, robi się po prostu... No właśnie jak? Chyba przykro.

Odwracam się za siebie i widzę setki wspomnień, które poukładały się w mojej głowie. Czas przelatuje mi między palcami i chyba gęstnieje, gdy tracę nad nim kontrolę. Mam wrażenie, że dopiero co oglądałam fajerwerki w sylwestrową noc, a teraz jestem tutaj, 21 kwietnia i świadomość tego przytłacza mnie coraz bardziej. Co jeśli czas zacznie uciekać coraz szybciej? Kolejne słoneczne dni zleją się w całość i już ich nie rozdzielę. Gdy kolejne daty będą zmieniać się szybciej niż zmieniam kartki kalendarza... Co, gdy po ukończeniu studiów dorosłość zacznie być naprawdę... dorosłością?

Przygotowałam dla was mały mix zdjęć z telefonu. Gdy posiadałam wcześniejszego bloga, była to jedna z moich ulubionych form ukazania otaczającego mnie świata, a i innym przypadała do gustu. Przypominam także, jeszcze raz, że od kilku dni macie wszystko ułożone na blogu. Wystarczy kliknąć kategorię lub kontakt u góry i gotowe! :)












Lubicie mixy z życia (czyt. z telefonu :D) wzięte czy raczej nie? Całuję :*

czwartek, 14 kwietnia 2016

#31 Idealne życie?

Kilka postów temu pisałam wam, że idealność jest zła(oh teraz to utworzyłam skrót życia! Ale jeśli ktoś ciekawy to zapraszam kilka przewinięć w dół). Wcale nie chce tworzyć sprzecznych postów.
Po prostu wiele myśli rozbija się w mojej głowie. Idealność jako wada, idealność jako zaleta i to, że prawie każdy dąży do idealnego życia.
Według mnie możemy jednak rozdzielić chore dążenie do perfekcji, a zdrową chęć uchwycenia idealnego życia na moment. W końcu co złego w tym, że wszyscy chcemy być szczęśliwi? Ostatnimi czasy staram się wprowadzić do życia troszkę optymizmu i luzu, bo trudno mi się żyje będąc ciągle spiętą. Co jasne, od razu nie porzuciłam swoich zwyczajów i chyba z niektórych (jak np. pisanie do rana pracy zaliczeniowej w dniu, w którym się o niej dowiedziałam, mając na nią 3 miesiące) jestem całkiem zadowolona.
Nie chce zmieniać świata na siłę, ani namawiać was do szalonych czynów, ale z przyjemnością przedstawię wam swoją listę drobnych gestów wobec siebie i świata, które odciążają z powodzeniem nasze dusze.
Nie znam przepisu na idealne życie. Stety niestety nie istnieje życie idealne, ponieważ nie jesteśmy w stanie przewidywać i powstrzymywać chorób, kataklizmów, wypadków. Każdy ma swoje problemy i swoje smutki, ale istnieją rzeczy, które możemy wprowadzić w nasza codzienność, aby poprawić jej standard i zbliżyć się choć trochę do pojęcia "idealność". Postanowiłam przedstawić wam kilka naprawdę prostych trików, które powinien choć na próbę zastosować każdy, aby poczuć się lepiej:)

1. Ucz się. Nie karze ci wykuć na pamięć praw fizycznych czy wszystkich zastosowań gliceryny. Ale ucz się tego co lubisz, tego co cie interesuje. Stałe pogłębiaj swą wiedzę dla samego siebie i swojej satysfakcji. Naucz się języka, który zawsze ci się podobał. Jeśli interesujesz się kinem obejrzyj wszystkie klasyczne produkcje i poczytaj o jego początkach. Dbaj o swój umysł, żeby być z siebie dumnym! Studiuj to o czym zawsze marzyłeś. Niech nikt nie wmówi ci, że nie dasz rady, a co gorsza, nie wmawiaj sam sobie tego! Jestem doskonałym przykładem na to, że choć jest ciężko, daję radę, bo nie widzę innej możliwości!

2. Na wyjazdach odpocznij od social media. Ok sama na wakacjach np. Snapuje, ale tylko dlatego, ze filmiki na snapa są zawsze spontaniczne, a ja uwielbiam zapisywać je potem i oglądać w kółko po powrocie! Nie przeglądam jednak całymi dniami fb, blogów i zalando;). Zobaczycie jaki to odpoczynek odciąć się od jakby nie było- głupotek przynajmniej na kilka chwil.

3. Nie sprzedawaj swojej prywatności. W momencie, w którym przestaniesz umieszczać w internecie swoje zdjęcia w samych stringach, opowiadać co dokładnie robiłaś, z kim i gdzie i ile to trwało docenisz, że bez tego jest fajniej;) Oczywiście każdy bloger/instagramowicz/snapowicz dzieli się swoim światem, ale we wszystkim należy zachować umiar.

4. Staraj się dla bliskich. Od pewnego czasu pracuje nad swoim charakterem i staram się dać moim najbliższym to co we mnie najlepsze:) mam nadzieje, że przynajmniej trochę mi to wychodzi!

5. Poznawaj ludzi z całego świata. Nie masz pojęcia jak wiele możesz się od nich nauczyć. Jak poprawić swój język obcy, ile ciekawostek zgromadzić i ile mieć przy tym frajdy! Może nie spotkacie się w pierwszym roku znajomości ani spotykać się co miesiąc, ale jeśli będziecie oboje chcieć to na pewno kiedyś się potkacie i zobaczycie jak zabawnie spotkać kogoś z innej części świata!:)

6. Pomagaj innym. To najlepszy lek na smutki, gdy wiesz, ze jesteś komuś potrzebny i komuś umiliłeś dzień. Dla ciebie często to tylko chwila, kilka złoty, jeden uśmiech, a dla kogoś innego wielki dar. Po co uprzykrzać sobie życie, gdy możesz po prostu po ludzku komuś pomóc? Na ulicy, na uczelni, w domu. Pomagamy kochani! :)

A teraz śmiało! Stosujecie się do tych rad? A może macie własne sposoby na idealne życie? 




środa, 30 marca 2016

#26 Idealność.

Weź do ręki długopis i połóż przed sobą kartkę papieru.
Jak najszybciej wypisz pięć cech charakteru jakimi mógłbyś/aś się określić. Jeśli wskazałeś/aś na "perfekcyjność", "nad ambicje" lub coś w tym stylu... Już jesteś stracony.
W świecie ideały nie istnieją. Nic nigdy nie układa się tak jak samo jak sobie wymarzyliśmy. Zawsze stanie na drodze "coś" co wszystko poprzeinacza. Wiem coś o tym, bo zawsze staram się za bardzo. Zarywam noce i stresuję się tylko po to, aby dosięgnąć idealności. Idealnej wiedzy, idealnego stanu rzeczy, idealnego układu. A, gdy los coś zmienia... gdy ktoś coś zmienia.
Jestem po prostu wściekła. Jak większość tak żyjących ludzi.
Tylko czy przypadkiem nie popadamy w paranoje?
Bezdechy, drżące dłonie i jeden wielki cel- zrobić coś perfekcyjnie.
Tak to potem wychodzi, że przygotowuje się do egzaminu wiekami, a gdy nie osiągnę wymarzonego efektu rozkładam wszystko na czynniki pierwsze zastanawiając się gdzie popełniłam błąd?
Do obłędu doprowadza mnie kłócenie się z kimś i analizowanie co poszło nie tak i dlaczego jest jak jest.
Zapadam się do środka, gdy ktoś mnie ogranicza, bo przestawia moje idealne ściany, które postawiłam wokół siebie.
Po prostu... Szaleję, gdy coś idzie nie tak.
Ale czy to dobra droga? Czy ludzie z wpisaną wadą genetyczną pod tytułem" perfekcyjność" mają szansę na normalność?
Przecież... idealne życie nie istnieje więc po co je gonimy? Ale o tym to innym razem.




Dodawajcie mnie na snapka- Skyeeniki i podawajcie swoje. :)