Etykiety

niedziela, 8 stycznia 2017

#119 Film- La mafia uccide solo d'estate.

Witajcie koooochani! 
Tak dawno nie opowiadałam wam o żadnym włoskim filmie, że nawet i mi zaczęło brakować tego typu postów. Mówiłam wam, moja włoska miłość utrzymuje się na przeróżnych płaszczyznach, a kinematografia jest jedną z ważniejszych, bo czy może być coś lepszego niż oglądanie Włoch na szklanym ekranie (przynajmniej jeśli akurat nie możesz na żywo!)?


"La mafia uccide solo d'estate" jest filmem nowym, ma raptem 3 lata, a ja zdążyłam obejrzeć go już co najmniej kilka razy i zawsze chętnie do niego wracam i pokazuje każdemu kto akurat jest chętny na jakiś seansik. :)
Dla mnie w tym filmie zawarte jest wszystko co najlepsze. Mafia, inspiracje prawdziwymi wydarzeniami, dziennikarstwo i oczywiście! Sycylia! A wszystko to widziane oczami małego chłopca (który stopniowo oczywiście dorasta, akcja toczy się przez dłuższy czas).
Z Arturo łączy mnie naprawdę wiele, może dlatego tak bezbłędnie odnajduję się w tym filmie. Do tego Palermo, którego wspomnienie wraca do mnie jak boomerang z każdym nowym odtworzeniem.
Nie przepadam za opowiadaniem fabuły, bo zawsze pozostaje lęk, że zdradzę zbyt wiele i zepsuję wam przyjemność, a naprawdę zdarza się, że ponosi mnie za bardzo i opisuję bez końca!
Nie mniej jednak, "La mafia uccide solo d'estate" z pewnością nie jest lekkim filmem (myślałam, że to taka komedia, lekki dramat, gdy włączałam go po raz pierwszy...), ale nic z tych rzeczy! Oczywiście, w filmie pełno zabawnych dialogów, scenek widzianych oczami małego chłopca, zawirowań miłosnych, najlepszych pączków i sycylijskiego słońca. Wszystko to jednak zdaje się być przykryte szczelnym płaszczem dramatycznych wydarzeń, które dzieją się tam jedna po drugiej, zmieniając po trochu życie głównych bohaterów.
Właśnie taka jest Sycylia. Walka dwóch światów, dwóch charakterów, dwóch żyć. Nie widać może tego tak bardzo podczas tygodniowych czy dwu wakacji, ale zapewniam was, że tak właśnie jest i sama na własnej skórze przekonałam się, że chociażby Palermo i okolice to nie jest słodkie miejsce ze snów.
Myślę, że po takim wprowadzeniu nie pozostaje wam już nic innego jak urządzić sobie niedzielny seans.
Uwaga, film można bez problemu znaleźć w polskiej wersji językowej! Wiem, że się cieszycie ah. :D



czwartek, 5 stycznia 2017

#118 Już jutro przybędzie Befana...

Za pewne teraz wielu z was zastanawia się kim, czym jest ta magiczna Befana, o której napisałam w tytule?
Ja uwielbiam tą tradycję, jest zupełnie inna niż wszystkie znane mi do tej pory i to dzięki niej na mych ustach gości uśmiech za każdym razem, gdy pomyślę o dniu 6 stycznia. :)
Befana to pewna staruszka niezbyt zachwycającej urody. Zgarbiona i pomarszczona, z charakterystycznym dla czarownic nosem.
Jej dzień przypada na 6 stycznia czyli Epifanię, w Polsce święto trzech króli, która kończy okres świąteczny i sygnalizuje, że pora pozbyć się z domu choinek i szopek.
Tradycja związana z Befaną głosi, ze trzej królowie idący do Jezusa, zatrzymali się u pewnej staruszki i opowiedzieli jej dokąd zmierzają.
Befana po zastanowieniu próbowała się ich odszukać i razem z nimi iść do Jezusa, ale zagubiła drogę. Dlatego też według legendy, od tej pory przybywa do każdego domu, w którym jest dziecko mając nadzieję, że trafi do małego Jezusa. Befana tak jak i Mikołaj lubi zjeść coś w przerwie od "pracy" dlatego to dzieci zostawiają jej mandarynki i wino jako alternatywę dla ciasteczek i mleka dla Mikołaja. :) Grzeczne z pewnością znajdą rano przeróżne słodycze, niegrzeczne węgiel lub w wersji troszkę delikatniejszej- cukierki przypominające jedynie wspomniany węgiel. ;)
Słyszeliście kiedyś o Befanie?:) A może znacie inne tradycje związane z dniem 6 stycznia?

wtorek, 3 stycznia 2017

#117 Włochy- piękne miejsca cz.9

Witajcie kochani w styczniu, jednym z najgorszych miesięcy! Przynajmniej dla mnie, bo w końcu to czas egzaminów, prac zaliczeniowych i rozpoczęcia pisania licencjatu, który zaczęłam pisać wczoraj pod wpływem chwili, ale przyznam się wam, że pewna do końca nadal nie jestem jak to ma wszystko wyglądać więc.... ;) Tak czy siak, piszę o czymś szczególnym dla mnie. Myślę, że większość z was się domyśli czego może dotyczyć moja praca. :)
Ja dzisiaj jednak nie o tym. Chciałabym powrócić do swojej ulubionej (mam nadzieję, że też ją lubicie) serii. :)
Dzisiaj zabieram was w podróż do Rzymu! Największego z dotychczasowych miast, o których pisałam. Rzym pełen jest swoich legend, każdemu z pewnością kojarzy się z placem świętego Piotra, tłokiem, skuterami i z "La dolce vita":).
Mi też się z tym kojarzył. Widziałam je jako zapierające dech w piersiach miasto, pełne pięknych zaułków, historii, namacalnego ideału. Ewentualnie jeszcze z tym, że mój dobry kolega z wczesnych nastoletnich lat był Rzymianinem, :D

Początek mojej rzymskiej przygody nie był łatwy. Nie pamiętam nawet pierwszych chwil w tym mieście poza tym, że na siłę uśmiechałam się do fotografii. Czułam się fatalnie i nie potrafię nawet tego opisać jakie boleści mnie wtedy dopadły, bo na samą myśl mi słabo. Efektem tego było, że w dwie godziny udało mi się wydać ponad 50 euro na samą wodę, lekarstwa, kawę i o ZGROZO herbatę. Naprawdę w samym centrum nie było już chyba restauracji, w której nie piłabym chociaż wody. Tak, tak wiem, że w mieście można czerpać wodę za darmo, ale byłam na to wszystko zbyt zdesperowana.

Rzym pamiętam też jako piękną fontannę Di Trevi, do której nie mogłam się dopchać, bo kto z was był w Rzymie w środku lata i próbował dojść do DI Trevi po południu, na pewno wie o czym mówię. :) Finalnie w końcu udało mi się chociaż przez chwilę na nią popatrzeć i wrzucić monetę. Mogłabym stać do końca życia i patrzeć na Di Trevi. Przysięgam.

Rzym pamiętam też jako uroczą restaurację, tuż przy fontannie gdzie zjadłam najdroższą margheritę w życiu, ale w zamian zyskałam rozmowę z bardzo miłą menadżerką, która opowiedziała nam historię restauracji oraz z przeeeeeeemiłym właścicielem koło 80tego roku życia, który uczył korzystać mnie z nowych technologii. ;D
Rzym z moich wspomnień to też przerażające metro. Naprawdę nigdy nie jechałam metrem, które wywoływałoby we mnie taki lęk! Do tego Hindus, który praktycznie mnie molestował, ale na moje szczęście wysiadł dwie stacje wcześniej i na odchodne finalnie przesłał mi tylko buziaki. UFF.
Rzym jest żywą historią i czasem przestaje dziwić się Rzymianom, że tak często uważają się za lepszych. Mieszkanie w takim miejscu na stałe musi być czymś niesamowitym. Gubiłyśmy się w tych uliczkach, a finalnie i tak trafiałyśmy gdzie trzeba. Magia.
Za każdym razem, gdy przystawałam i patrzyłam przed siebie, natrafiałam na coś przepięknego. Gdybym mogła zatańczyć boso z butelką wina na jednej z ulic pod osłoną nocy, a potem moczyć stopy w Fontannie Di Trevi...
Kocham się w Rzymie i mam na niego dalsze plany.
Mówi się, że Paryż jest miastem miłości. Czasem mówi się tak też o Wenecji... Ale dla mnie to Rzym jest najdoskonalszym miastem dla zakochanych.









Jakie jest wasze ulubione miasto?

sobota, 31 grudnia 2016

#116 Włoscy ulubieńcy 2016.

Witam was w ostatnim dniu tego roku! Troszkę smutno, prawda? :)
Na blogach o przeróżnej tematyce, już od kilku dni pojawiają się wpisy z podsumowaniami. Szczerze powiedziawszy nie wiedziałam czy coś takiego przygotować, ale ostatecznie stwierdziłam, że wersja włoska może was zaciekawić. :)
Na początku chciałabym zacząć od ulubieńców kosmetyczno pielęgnacyjnych. Nie ma ich wielu, ale za to zdobyły moje serce na długi czas. :)

Pierwszym produktem must have jest maść Gentalyn Beta. Może nie powinnam polecać wam lekarstw, ale naprawdę jest to najlepsza maść apteczna jaką w życiu miałam. Na dobrą sprawę jest to mój ulubieniec od 3 lat kiedy to po raz pierwszy dostałam na nią receptę we włoskim szpitalu.;D Ale od tej pory kupuję ją z każdym powrotem do Włoch i uratowałam nią już całą masę ludzi.;D To jedyne co na długi czas pomaga mi w walce z alergiami i obrzękiem skóry.
Nie zabrakło także pomadek do ust Labrosan. Skusiłam się na nie, bo kosztowały tylko nieco 1 euro i postanowiłam w końcu je wypróbować, bo odkładałam to zawsze na bliżej nie określony czas. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Wydawało mi się, że te pomadki czymś śmierdzą i wcale nie są to zapachy, których oczekiwałam po przeczytaniu na opakowaniu. Czego spodziewałam się za 4 złote?;D Jednak po jakimś czasie postanowiłam dać im drugą szansę i już się nie zawiodłam. Nawilżają lepiej niż osławione carmexy, nie zamarzają na mrozie jak to się dzieje z carmexami i naprawdę po czasie mają bardzo ładne, delikatne zapachy.

Książką roku za to spokojnie może zostać "Mafia, spółka jawna". Z całym szacunkiem dla mojego cudownego Saviano, to właśnie "Mafia, spółka jawna" była książką, do której wracałam kilka razy. Jest napisana bardzo konkretnie. Duża dawka informacji i przypadków, co dla takiego mafiologa jak ja jest wielką sprawą. :D

Jedzonko roku jest najtrudniej wybrać, gdyż generalnie lubię jeść wszystko co włoskie. Niemniej jednak krem czekoladowy z bergamotką był dla mnie wielkim, smakowym zaskoczeniem i baaaardzo mi się to spodobało.

Jeśli musiałabym wybrać jeden włoski film tego roku to zdecydowanie byłby to "Stanno tutti bene", o którym wam pisałam.
Był to film, który dał mi bardzo wiele do myślenia i  po, którym jeszcze długo odczuwałam swego rodzaju żal. Jeszcze raz chciałabym go polecić wszystkim fanom włoskiego kina, ale także i tym, którzy są akurat w trudnym życiowym momencie lub szukają przysłowiowego sensu owego życia.
TU WAM PISAŁAM :)
Serialem z Italii, który męczyłam bezustannie była "Gomorra", którą obejrzałam całą chyba trzy, albo cztery razy. Po neapolitańsku, po neapolitańsku z włoskimi napisami, po polsku z włoskimi napisami... Przetrenowałam wszystkie konfiguracje, jednak tylko po neapolitańsku ma właściwy sobie charakter.

Czego za to najchętniej słuchałam w 2016r? Odkryłam w sobie prawdziwą miłość do "Pronto a correre" od Marco Mengoni oraz przez całe lato uparcie śpiewałam "Vorrei ma non posto" oraz "Ragazza magica". Zdecydowanie "Vorrei ma non posto" było najczęściej wyśpiewaną, odtworzoną, wysłuchaną piosenką tego roku.

Włoskim słowem roku zostaje "Allora" co wcale nie powinno dziwić nikogo kto miał ze mną do czynienia w języku włoskim. To jest jak uzależnienie, ale przysięgam, że przestanę!

Włoskim miejscem w Polsce zostaje nie kto inny tylko moja ukochana restauracja "SpaccaNapoli" dzięki, której choć przez chwilę czuję się jak w mojej drugiej ojczyźnie. Mogłabym napisać dla nich poemat, ale zostawię to na osobną notkę, przysięgam.

Włoskim miastem tego roku byłaby za to Taormina. Przepiękne miejsce pełne magii, gdzie historia styka się namacalnie z codziennością. Luksus, bogactwo, zupełnie inne oblicze Sycylii. Mogłabym tam zamieszkać, albo zostać przynajmniej na najbliższy rok.

Widokiem, który najbardziej zaparł mi dech w piersiach był za to widok z tarasu widokowego na plażę w Tropei. Nie doceniłam jej dwa lata temu, ale lepiej późno niż wcale i w tym roku postarała się na tyle, abym zostawiła w niej kawałek mego serca. Wyobraźcie sobie mnie z szeroko otwartą buzią i błyszczącymi oczami, bo właśnie tak wyglądałam chłonąc otaczające mnie piękno. Chyba nie potrafię opisać tego słowami. To trzeba poczuć, aby mieć pojęcie co pragnę wam przekazać. Będąc tam pomyślałam, że właśnie tu zbiega się moje 20 lat włoskich podróży i właśnie tego miejsca szukałam całe życie.


Niebawem wracam do Włoch, ale jeśli mogę sobie czegoś życzyć na 2017 rok... to życzę sobie, abym wracała jeszcze parokrotnie w tym nadchodzącym roku, bo jak to powiedział mój włoski znajomy "Oczywiście, że będziesz wracać bez końca. Italia kocha cię jeszcze mocniej niż ty ją". I tego się trzymajmy, bo swojej drugiej ojczyzny nie zdradzę nigdy.
A czego wam mogłabym życzyć w 2017?
Oczywiście podróży, bo to one kształcą nas najbardziej. Życzę wam wielu odległych destynacji, nowych znajomości, nowych smaków, nowych łez wzruszenia w oczach. Życzę wam wszystkich pięknych rzeczy, które zobaczą wasze oczy. Nadmorskich miast, wysokich szczytów, nieznanych dotąd placów i deptaków. Życzę wam poznawania nowych miast, krajów i kultur. Bawcie się doskonale! :)
I do usłyszenia już w Nowym Roku. :*

czwartek, 29 grudnia 2016

#115 Dlaczego umawiać się z Włochem?


Witajcie! :)
Pamiętacie mój październikowy wpis (kiedy to było!) o tym dlaczego lepiej nie umawiać się z Włochem? ;) Dziś mam dla was kontynuację tej śmiesznej historii, ale lepiej będzie jeśli zaczniecie od 1 części, tam wszystko jest wyjaśnione. KLIK :)
Tym razem skupię się na pozytywnych aspektach przyjaźni/związków/bliskich relacji z Włochami.
Keep calm, to tylko lekka notka z przymrużeniem oka. ;)

1. Włosi uwielbiają dzieci. Swoje, cudze, bez różnicy! Czasem mam wrażenie, że uwielbiają je bardziej od swych kobiet i przynajmniej mieszkańcy odległego południa traktują je o nieba lepiej.

2. Dopóki mają nadzieję na coś więcej, starają się wypaść jak najlepiej i zrobić wrażenie. Może dotyczy to generalnie większości mężczyzn, ale nie potrafię pozbyć się wrażenia, że Włosi zawsze starają się być w tym najlepsi na świecie. :>

3. Włosi zawsze starają się wyglądać jak najlepiej i bardzo o siebie dbają co jednak w pewnym stopniu może zacząć być przesadą i wadą. Ja jednak zawsze podziwiam ich chociażby idealnie przycięte brody. :D

4. Mamią pięknymi słowami, które nie zawsze są prawdziwe, ale przyznać im trzeba, że komplementować i podrywać umieją jak mało kto. Pięcio minutowa pogawędka i dziesięć uroczych komplementów. Czasem wydaje mi się, że dobrzy z nich aktorzy i ZAWSZE idealnie wiedzą co powiedzieć. Zupełnie jakby mieli przećwiczone teksty na każdą ewentualność. Powiem wam, że
trochę mnie to bawi i zdarza mi się roześmiać, gdy słyszę te wszystkie bajery choć może nie powinnam. xd

5. Włosi potrafią się bawić. Będą śpiewać, tańczyć, żartować, zdobywać przyjaciół w jednej chwili i zdecydowanie nie przejmować się tym czy wypada i kto co o nich myśli. To zdecydowanie moja ulubiona cecha południowców.

6. Dobre jedzenie masz gwarantowane. Nawet jeśli nie w jego wykonaniu to przynajmniej w wykonaniu jego rodziny. Choć... Nigdy nie poznałam jeszcze Włocha, który nie potrafiłby czegoś ugotować. "Czegoś" nie mam na myśli wody w garnku.;D
Podstawą jest zrobienie chociaż spaghetti!

7. Większość z nich jest bardzo pewna siebie. Nie narzekają i z reguły nie zadręczają się myśleniem o swoich wadach, wpadkach i porażkach.

8. Włosi to taki naród misiów. Uwielbiają się przytulać i nawet nie mam tu na myśli podtekstów i prób ugrania czegoś tym przytulaniem. Po prostu. :) Wszak przytulanie się to piękna sprawa!

9. W towarzystwie dziewczyny zazwyczaj starają się być kulturalni. Chodzi o to, że np. starają się nie przeklinać w jej otoczeniu, a przynajmniej ja do takiego otoczenia przywykłam od zawsze. ;) Przepraszają za brzydkie słowa i zawsze mówią "Ej, ale ty tak nigdy nie mów, to nieładnie." :D Całkowicie mnie to rozkłada na łopatki!

Dodalibyście coś od siebie?:) Miłego dnia!

poniedziałek, 26 grudnia 2016

#114 Koncert Marco Mengoni.

Witajcie kochani! :)
Jak tam brzuszki po świątecznym szaleństwie?  Ja jestem rozleniwiona jak nigdy i czas dla mnie mógłby zatrzymać się chociaż na chwilkę, bo wcale nie chcę wracać do rzeczywistości! ;)



Znalazłam jednak momencik wśród mojego okrutnie męczącego lenistwa (:P), aby do was napisać.
Długo zastanawiałam się czy powinien pojawić się taki wpis i co powinnam w nim zamieścić, bo nie jestem chyba najlepszą osobą do relacjonowania koncertów. W całym swoim życiu byłam zaledwo na kilku i zazwyczaj byłam ledwo przytomna z powodu targających mną emocji, a tym razem moja nieprzytomność osiągnęła już wszelkie kresy!
Szczerze, idąc na koncert Marco, który był w Warszawie we wtorek, byłam pewna, że będę płakać przez cały czas ze wzruszenia. Chciało mi się płakać dzień przed, godzinę przed, 15 min przed.... A potem wszedł na scenę i emocje podskoczyły mi tak gwałtownie, że nigdy w życiu bym się nie rozpłakała! Nawet na siłę.


Moja miłość do Marco to dość świeża sprawa. Oczywiście znałam go od początku. Szybko zrobiło się o nim głośno i każdy kto choć troszkę interesuje się włoską muzyką, musiał słyszeć o jego sukcesie w THE X FACTOR, o jego udziale na Festiwalu w San Remo i na Eurowizji.
Marco zawsze wydawał mi się przeuroczym człowiekiem o hipnotyzującym głosie, ale coś na poważnie drgnęło we mnie niecałe 2 lata temu.
Gdy usłyszałam "Io ti aspetto" kilka dni po premierze w jednym z włoskich barów, chciałam słuchać już tylko tego i tylko tego i zawsze tego.

Pewnie wiecie jak to jest, gdy idziecie na koncert kogoś kogo uwielbiacie. Z jednej strony jesteście bardzo podekscytowani, z drugiej troszkę się obawiacie. Czy naprawdę jest tak cudowny jak myślicie?

Marco jest cudowny. Oczywiście i ja miałam lekkie obawy. Niby widziałam tysiące jego wywiadów i za każdym razem zdobywał moje serce swoimi dojrzałymi odpowiedziami. Niby oglądałam setki live, ale niepewność zostaje zawsze.
Na koncercie w Warszawie było bardzo dużo Włochów i właśnie dlatego, gdy Marco spytał "english or italian?" wszyscy krzyczeli "italiano". Chyba wszyscy, ja też tak krzyczałam. ;)
Byłam oczarowana tym jak cudownie zwraca się do publiczności, rozśmiesza nas, wygłupia się, JEST LUDZKI. Jak opowiadał nam o swoim zespole, o bliskich mu ludziach, jak cieszy się muzyką razem z nami.
Moje przypuszczenia potwierdziły się, albo inaczej- rzeczywistość przerosła moje przypuszczenia. :)
Marco jest przecudownie pozytywnym człowiekiem i mam nadzieję, że jeszcze nie raz uda mi się pójść na jego koncert.

Znaliście go wcześniej? Lubicie?
Ja nie mogłam zrobić sobie lepszego prezentu świątecznego!
Myślę, że jeszcze zrobię o nim jakąś konkretniejszą notkę więc pozostańcie czujni! ;)

piątek, 23 grudnia 2016

#113 Panforte.

Witajcie kochani!
Jest mi troszkę przykro, bo to już ostatni post z włosko świątecznej serii. Nie wierzę jak szybko nam minął ten wspólny czas! Mam też nadzieję, że posty wam się podobały, bo oczywiście po świętach nie będę próżnować i czeka was wiele wiele nowości, ale jednak już z poza tej magicznej otoczki. ;)
Wszystko co dobre szybko się kończy, ale oczywiście nie pozwalam sobie na marudzenie, bo wszak całe to lenistwo i świętowanie jeszcze przed nami. :D

Do Wigilii jeszcze ok.1,5 dnia więc może ktoś z was skusi się na przygotowanie jednego z moich ulubionych świątecznych ciast- Panforte. Szczerze powiedziawszy, w tym roku przegięłam z przyrządzaniem słodkości, a jeszcze 2 dni temu dostałam ogromną paczkę od przyjaciółki z Mediolanu... ;) Myślę, że jednak to wszystko się nie zmarnuje i jakoś z rodzinką będziemy musieli sobie poradzić z moim szaleństwem wypiekowym. :D
Panforte jest wypiekiem tradycyjnym dla Toskanii. Głównie rozpowszechniony jest w Sienie. Jest to troszkę taki klejący się piernik, ale jeszcze bardziej aromatyczny i niebezpiecznie słodki dzięki przeróżnym rodzajom bakalii. Z tego to powodu zaleca się go jeść pokrojonego na cienkie plasterki przy akompaniamencie dobrego, czerwonego wina. ;)

Składniki:
- 100g orzechów laskowych
- opakowanko (ok.10-15 sztuk) suszonych fig
- 100 g migdałów
- 2 garści suszonych morel
- opakowanie kandyzowanej skórki pomarańczowej
- nieco ponad pół szklanki mąki
- 2 płaskie łyżki kakao
- 1 łyżeczka cynamonu
- 1 łyżeczka zmielonych goździków
- pół szklanki cukru pudru
- 30g rozpuszczonego masła
- szklanka rozpuszczonego miodu

Przygotowanie:
Tortownice wyłóżcie papierem do pieczenia i solidnie wysmarujcie dno i boki masłem, ponieważ jeśli zrobicie to niedokładnie to za nic nie odkleicie ciasta od papieru.;) Całe szczęście w tym roku w końcu zrobiłam to w 100% zawodowo. :D
Posiekajcie orzechy, migdały i bakalie i wymieszajcie w misce z mąką, kakao, cynamonem i goździkami. Zróbcie to na tyle dokładnie, aby wszystkie bakalie były pokryte mąką.
Na małym ogniu musicie umieścić rondelek z miodem, masłem i cukrem pudrem. Mieszacie i podgrzewacie aż do całkowitego rozpuszczenia i połączenia się składników. Jeszcze ciepły miód wylewacie na bakalie i szybko mieszacie, ponieważ im dłużej będzie to trwać tym trudniej będzie ruszyć łyżką.;) Nie może być widać ani kawałka suchych składników!
Masę przelewacie do tortownicy i dogniatacie drewnianą łyżką lub dłonią do denka. Pieczecie ciasto w piekarniku rozgrzanym do 170 stopni przez około 30-35min.
Po upieczeniu ciasto musi spokojnie ostygnąć i dopiero po tym czasie powinniście próbować wyjąć je z tortownicy.


Smacznego! :)
Jedliście już kiedyś panforte?