wtorek, 15 sierpnia 2017

#171 Różnice między Portugalią, a Włochami.

Witajcie moi kochani!
No dobrze... Tytuł może wam się wydać trochę zabawny i być może już teraz zastanawiacie się czemu zdecydowałam się na taki post. Ja wiem, naprawdę wiem, że między każdym z krajów dostrzec można szereg różnic i niczym wyjątkowym jest ich wytykanie, ale pomysł na tego typu notkę pojawił się w mojej głowie jeszcze podczas moich wakacji, gdzieś w drodze na Cabo da Roca więc mam nadzieję, iż do mojej listy różnic podejdziecie z uśmiechem. :)


1. Skrzynki pocztowe i znaczki pocztowe.
To była pierwsza rzecz po przyjeździe do Portugalii, która naprawdę mnie zaskoczyła. Przyzwyczajona byłam, iż we Włoszech skrzynki pocztowe znajdują się na każdym kroku. Dosłownie chodzisz po miastach, miasteczkach i co i rusz natykasz się na skrzynki. Znaczki kupić można w specjalnych kioskach lub na poczcie i pomyśleć, że ja przez całe życie uważałam, że to, iż muszę iść po znaczek do specjalnego kiosku jest ogromnym utrudnieniem!
W Portugalii jedna ogromna skrzynka podzielona na kilka części (Portugalia, Hiszpania, inne kraje ecc...) znajduje się JEDYNIE przy poczcie. Znaczki kupić można za to, albo na poczcie (czyli generalnie tak jak i we Włoszech czy Polsce), albo w specjalnym automacie przy poczcie, który oszukał mnie 2 na 3 razy "wchłaniając" wszystkie pieniądze i nie dając nic w zamian.
Podsumowując więc- We Włoszech zdecydowanie łatwiej i szybciej jest wysłać list bądź kartkę.

2. Brak dubbingu.
Jeśli jeszcze nie wiecie- Włosi są mistrzami dubbingu. Dubbingują każdy możliwy film i czasami tak myślę, że co poniektórzy pewnie nigdy nie słyszeli nawet oryginalnego głosu zagranicznego aktora. :P
W Portugalii sprawa wygląda zupełnie inaczej! Byłam bardzo zdziwiona, ale każdy zagraniczny film w telewizji emitowany jest w języku oryginalnym i opatrzony jedynie portugalskimi napisami. Powiem wam, że w sumie to świetna sprawa, bo Portugalczycy cały czas mają kontakt z językami obcymi.

3. Kultura.
Nazwałam ten punkt bardzo ogólnie więc już tłumaczę o co chodzi zanim pomyślicie, że chcę tutaj kogokolwiek posądzać o brak kultury samej w sobie. Chodzi mi mniej więcej o to, iż z moich obserwacji wynika, że Portugalczycy jeżdżą bardzo wolno i spokojnie. Chyba normą jest, że w Lizbonie każdy wychodzi na ulicę jak i kiedy chce (co tam, że jest czerwone...), a samochody hamują i bez złości każdego przepuszczają. Byłam naprawdę pozytywnie zaskoczona ich kulturą jazdy.
Do tego dochodzi czystość miast. Na ulicach prawie zero śmieci, w parkach nawet późną porą nie widuje się śpiących bezdomnych jak to jest niestety w wielu włoskich miastach. Generalnie odniosłam wrażenie, że portugalskie miasta są o wiele czyściejsze, a kierowy bardziej zdyscyplinowani.


4. Ocean.
Tutaj możecie się troszkę śmiać, ale gdy weszłam do Atlantyku ze strony Lizbony myślałam, że zaraz zatrzyma mi się krążenie. Woda była LODOWATA, a ja byłam pewna, że właśnie taki jest ocean bez względu na to w jakie miejsce pojadę. Gdy dojechaliśmy do Algarve, weszłam do wody i po prostu aż mnie zatkało! Woda była o wiele cieplejsza niż chociażby włoski Adriatyk. Tego naprawdę się nie spodziewałam.


5. Jedzenie.
Jadąc do Portugalii tak naprawdę nie wiedziałam jak wygląda ich kuchnia. Spodziewałam się, że będą to ryby, ryby, więcej ryb... Ale liczyłam też na jakieś potrawy z makaronem czy ryżem... A tu lipa! Portugalczycy jedzą chyba same ryby i steki, a mój biedny żołądek już po tygodniu prawie się skurczył z braku makaronu i takim to sposobem przez kolejny tydzień kolacje jadałam tylko we włoskiej knajpie. <3 Żeby nie było, obiady nadal jadałam po portugalsku!
Zdziwiło mnie także to, iż Portugalczycy używają nieprawdopodobnych ilości oliwy. Wręcz "topią" swoje potrawy w oliwie. Myślałam, że to Włosi używają jej aż nad to, a tutaj okazało się, że moje wcześniejsze założenia były całkowicie błędne. :)


Mogłabym takich różnic znaleźć jeszcze chociaż kilka (np. to, że większość Portugalczyków posługuje się doskonałym angielskim co zdecydowanie mnie zdziwiło, albo to, że transport miejski jest o wiele droższy niż w Italii, albo to, że mają jeszcze większą obsesje na punkcie muzyki niż przeciętny Włoch!), ale są to różnice dość delikatne. W sensie, nie chce generalizować, że ci mówią lepiej w danym języku, a ci gorzej, bo większość takich małych różnic zależnych jest od konkretnego regionu, konkretnych ludzi.. Nie mniej jednak, 5 powyższych różnic to te, które wydały mi się najciekawsze i te, które od razu przyszły mi do głowy już podczas mojej podróży.

Dajcie mi znać czy podoba wam się taka notka!
Buziaki i do usłyszenia. :)








czwartek, 3 sierpnia 2017

#170 Najpiękniejsze włoskie słowa cz.2.

Witajcie kochani! :)
Prawie rok temu napisałam dla was posta z wybranymi przeze mnie najpiękniejszymi, włoskimi słowami i post ten do tej pory cieszy się ogromną popularnością (wręcz jest to najpopularniejszy post na całym moim blogu:))., dlatego postanowiłam zrobić dla was małą aktualizację i dodać kolejnych kilka słów, które zawsze bardzo mi się podobały i podobają i z pewnością znajdują się w czołówce moich ulubionych.

1. Capolavoro- Słowo, które oznacza arcydzieło, dzieło życia. Często przeze mnie używane. Czasem coś tam sobie narysuję co w ogóle nie przypomina tego co miało przypominać (witamy antytalent plastyczny:)) i śmieję się z przyjaciółmi mówiąc im, że właśnie stworzyłam swoje capolavoro, ah! Można ten wyraz też łatwo rozłożyć na części. Capo- coś głównego, ważnego, szef, lavoro- praca.

2. Portafortuna- Także z tym słówkiem mam miłe wspomnienia i skojarzenia. Oznacza ono coś co przynosi szczęście typu talizman, amulet.

3. Solletico- uwielbiam brzmienie tego słowa i już na samą myśl o nim mam uśmiech na twarzy. :) Solletico oznacza nic innego jak łaskotki!

4. Speranza- nie jest to zbyt wyszukane słowo, ale ma w sobie to coś co sprawia, że je uwielbiam. Samo brzmienie tego słowa sprawia, że robi mi się tak jakoś lekko na duchu. Może nie chodzi tutaj więc o samo słowo jak o jego znaczenie. Speranza oznacza nadzieję. Piękne słowo, prawda?

5. Tramonto- zachód słońca. Od razu człowiek jakiś taki... rozmarzony?;) W sumie kto nie lubi patrzeć na znikające malowniczo za horyzontem słońce? Tutaj bardzo lubię także "Ci sono tramonti che non tramontano mai"- są zachody słońca, które nigdy nie zachodzą.

Jestem pewna, że każdy z was zna choć jedno włoskie słówko więc co dodalibyście do mojej listy? :)

poniedziałek, 31 lipca 2017

#169 Co przywieźć z Molise, Abruzzo i Lazio.

Witajcie kochani w kolejnym przydatnym dla was (a przynajmniej taką mam nadzieję!) poście.
Jak widzicie wybrałam 3 kolejne regiony, które postaram wam się choć trochę przybliżyć pod kontem tego co możecie tam nabyć i z czym koniecznie wrócić do domu.

1. Molise.
Zastanawiam się co sensownego można powiedzieć o tym regionie. Molise jest naprawdę malutkie i zdaje mi się, że wyjątkowo słabo rozwinięte turystycznie. Nie słyszałam nigdy, aby ktoś podróżujący chociażby z Polski, za docelowy punkt swojej wycieczki stawiał Molise. A być może to błąd? Bo Molise choć małe, pełne jest ciekawych miast i wioseczek.
Jeśli szukacie czegoś naprawdę oryginalnego to zdecydowanie z Molise opłaca się przywieść Zampogne czyli dudy, które produkowane są w tej okolicy. Poza tym także ceramikę, z której słynie główne miasto regionu czyli Campobasso. Campobasso swoją drogą słynie także z dzwonów produkowanych z brązu, ale o kupowanie brązowego dzwona jako pamiątkę, nikogo nie podejrzewam. :P

2. Abruzzo.
Abruzzo jest jednym z moich ulubionych regionów, związanym nieodłącznie z moim dzieciństwem i pięknymi wspomnieniami. Abruzzo polecam zwiedzać samochodem, ponieważ do najpiękniejszych miejsc nie dojedziecie pociągiem!
Abruzzo słynie z rzemiosła więc wszelkie rzeczy typu paski skórzane, biżuteria, będą fajnym pomysłem na prezent. Dodatkowo także wyroby wiklinowe i te z kamienia, z którego słyną głównie okolice Majella.
Jeśli chodzi o moje ukochane jedzenie to między innymi szafran z L'Aquila, czarne trufle, Ferratelle, które przypominają nieco nasze wafle.
http://www.inabruzzo.it/

3. Lazio.
Z pewnością jeden z popularniejszych regionów, bo przecież to w nim znajduje się Rzym- stolica kraju. Zastanawia mnie co prawda jak wielu ludzi zwiedza cały region, a nie tylko Romę, ale trudno, nie będziemy się teraz nad tym głowić. ;)
Powiem wam mało oryginalnie, iż w Rzymie i okolicach nie ma specjalnie niczego zapierającego dech w piersiach do nabycia (albo tylko mi się tak wydaje). Oczywiście uwielbiane przeze mnie figurki z koloseum czy Bazyliką, kalendarze z widokami z miasta czy magnesy na lodówkę, ale to można kupić niemalże wszędzie. Jeśli miałabym kupować coś do jedzonka z tych okolic to może oryginalny ser Pecorino Romano.

Byliście w którymś z tych regionów? Co przywieźliście? :)

czwartek, 27 lipca 2017

#168 Mozzarella in carrozza.

Witajcie moi mili! :)
Dziś mam dla was przepis na mój zdecydowany kuchenny hit. Uwielbiam włoską kuchnię (co pewnie nie jest zaskoczeniem dla nikogo kto mnie czyta:)), a co za tym idzie także włoskie przekąski. Zawsze są pyszne i co najważniejsze, bardzo łatwe i szybkie to przygotowania.
Mam nadzieję, że poniższy przepis przypadnie wam do gustu i zdecydujecie się przygotować taką drobną przekąskę we własnych domach. Dajcie mi znać koniecznie czy wam smakowało!

Składniki na 4 tosty:
- 8 kromek tostowego chleba
- opakowanie mozzarelli (przy opcji 3-4 tosty.)
- 100 ml mleka
- 3 jajka
- oliwa
- przyprawy
- możecie też dodać szynkę
Przygotowanie:
Kromki kroimy na pół i maczamy jedną stroną w mleku. Na mokrej stronie kładziemy mozzarellę  (i szynkę) i przykrywamy drugą częścią kromki. Całość obtaczamy w roztrzepanym jajku z przyprawami. W między czasie rozgrzewamy oliwę na patelni i gdy będzie nagrzana, kładziemy nasze tosty. Smażymy z obu stron aż ser się rozpuści, a chlebek będzie rumiany.
Pyszności!

Smacznego moi drodzy <3 Lubicie takie przekąski?

sobota, 22 lipca 2017

#167 Włochy kryminalnie.

Dzień dobry kochani! :)
Wiem, że podobała wam się ta krótka seria i dlatego od jakiegoś czasu zbierałam się, żeby napisać nowy wpis, kontynuację poprzedniej części, która pojawiła się dawno temu (KLIK), ale wciąż brakowało mi weny (a może i czasu, bo zebranie wszystkich ważnych informacji nie jest wbrew pozorom takim szybciutkim procesem).
Dziś mam dla was przerażającą i tragiczną historię Gelsominy Verde, która kilka lat temu stała się ofiarą Camorry. Jej historia była też inspiracją dla twórców serialu Gomorra, którzy wykorzystali ją pod postacią 15sto letniej Manu, która także była przetrzymywana i torturowana przez jednego z głównych mafiozów, a potem brutalnie zamordowana i spalona.

O tym, że w organizacjach mafijnych często dochodzi do rozłamów i walk o przejęcie władzy chyba nikomu nie muszę wspominać. Tak też działo się w 2004 roku w Neapolu i jego okolicach. Pod nieobecność bossa Paolo di Lauro, jego 31 letni syn Cosimo rozpętał wojnę, na której tragiczne skutki nie trzeba było długo czekać. Do zaostrzenia konfliktu doszło wraz z powrotem z Hiszpanii jednego z głównych mafiozów Lello Amato. Od Cosima odsunęli się starsi członkowie Camorry, którzy obawiali się, iż wkrótce Cosimo wszystkich ich i tak zastąpi swoimi młodszymi kolegami. Konflikt między tymi, którzy pozostali z Cosimem, a tymi potocznie nazywanymi "Hiszpanami" czyli ludźmi Lello Amato, stale narastał i trwał przez kilka, długich miesięcy. W tym czasie w Neapolu i jego najbliższych okolicach zamordowanych zostało ponad 50 osób, w czym znaczna ilość przypadkowych, niewinnych ofiar. Sławną była masakra, do której doszło w centrum miasta na jednej z głównych ulic. Mafijni żołnierze strzelali do tłumu przemieszczając się na skuterze. Zginął wtedy przypadkowy, młody chłopak. Zabitych przez przypadek (okropnie to brzmi) zostało także dwóch chłopców grających w piłkarzyki. Także 14 sto latka, którą posłużono się jako żywą tarczą... Takich tragicznych historii ulice Neapolu znają wiele.

Wracając jednak do sprawy samej Gelsominy...
22 letnia Gelsomina przez pewien czas spotykała się z Gennaro, który był członkiem klanu "Hiszpanów". Para jednak wkrótce rozstała się i utrzymywała jedynie sporadyczny kontakt. Pojawiły się jednak plotki, iż jednej z nocy Gelsomina widziana była wraz z Gennaro podczas przejażdżki na skuterze podczas, której rzekomo mocno go przytulała.
Wkrótce po tym, zwabiona podstępem Gelsomina, została porwana przez ludzi z klanu Di Lauro, którzy próbowali wyciągnąć od niej informacje na temat miejsca pobytu Gennaro.
Młoda dziewczyna była torturowana i dotkliwie bita przez wiele godzin. Nie odpowiedziała jednak na pytanie gdzie znajduje się jej były narzeczony. Spekulowano, iż najprawdopodobniej sama nie znała miejsca jego pobytu, albo najzwyczajniej w świecie i tak wiedziała co ją spotka i dlatego zachowała zimną krew (jeśli w takiej sytuacji można tak to nazwać...) i do końca nie zdradziła jego kryjówki, mając nadzieję, że przynajmniej jemu uda się uciec przez klanem Di Lauro.
Gelsomina zabita została 21 listopada 2004 roku trzema strzałami w kark. Aby zatrzeć ślady, oprawcy ukryli zwłoki dziewczyny w jej samochodzie i podpalili w Secondigliano- jednej z najbardziej opanowanych przez mafię dzielnic Neapolu. Przez policję Gelsomina uznana została za 114-stą ofiarę Camorry od początku roku 2004.
W związku z dokonanym morderstwem, wkrótce zatrzymany został Pietro Esposito, jeden z żołnierzy Di Lauro. Esposito, który najwyraźniej przestraszył się, iż spędzi całe życie w więzieniu, szybko współpracować zaczął z policją i wydał im większość swoich kolegów. Czy było to dla niego dobre posunięcie? Tego już tylko można się domyślać, ale sama nie wiem co lepsze- spędzić życie w więzieniu czy wydać mafijnych członków organizacji. ;)
Tak czy siak, policja dość szybko schwytała Lello Amato oraz innych 150 członków Camorry.

Życia Gelsominie to niestety nie zwróciło. Wiadomo, iż jej zabójstwo było jednym z najmniej honorowych jakich można dopuścić się w Camorrze. "Nie wypada" mordować niewinnych kobiet i dzieci. Historia 22-sto latki do tej pory jest dość popularna we Włoszech, zwłaszcza tych południowych, gdzie chyba każdy choć raz słyszał o tym co ją spotkało.
Niestety wciąż pamiętać trzeba, iż takich mafijnych, przypadkowych, niewinnych ofiar w Neapolu i jego okolicach jest dużo. Wystarczy chociażby cofnąć się do roku 2016... Ale dobrze, nie będę już mieszać spraw. :)
Dajcie znać czy podobają wam się takie wpisy i czy chcecie więcej! :)

czwartek, 20 lipca 2017

#166 Włochy- piękne miejsca cz.13

Witajcie kochani!
Zdawać by się mogło, iż moja seria o pięknych włoskich miejscach zaczęła umierać śmiercią naturalną, ale spokojnie! Jestem tutaj i właśnie zabieram się za kolejny wpis, w którym zabiorę was w kolejne wyjątkowe miejsce. Swoją drogą w poniedziałek wyjeżdżam na urlop. Taaaak w końcu wyjeżdżam nawet jeśli wciąż to do mnie nie dociera. Nie będzie mnie tutaj niby 15 dni, ale nie zostawię was z niczym. Na pewno coś przygotuję i opublikuję w formie wpisu automatycznego. Tych, którzy chcą być ze mną na bieżąco zapraszam na instagram- Skyeenika. Jeśli mnie obserwujecie, napiszcie mi to koniecznie w komentarzu pod postem, bo czasem zdarza mi się przegapić dodającą mnie osobę, a też chciałabym być z wami na bieżąco. :)

Wracając jednak do posta... Dziś zabieram was do pięknego i mało turystycznego Diano Castello położonego w Ligurii tuż przy francuskiej granicy. Nie wiem czy 4 zdjęcia dadzą radę przekonać was do jego wyjątkowości, ale ja tak już mam- często zapominam robić zdjęcia i chłonę wszystko co mnie otacza, szeroko otwartymi oczami i umysłem. Może to i lepsza opcja? Zdjęcia są cudowną pamiątką, ale to co przeżywamy w danym momencie jest za to niepowtarzalnym darem. Nie dajmy sobie tego odebrać przez telefony, aparaty i szybkie łącze internetowe!

Diano Castello swoją historią sięga X wieku kiedy to nazywane było Castrum Diani. Dzielnie broniło się między innymi przed najazdami Saracenów, a w późniejszych wiekach było miastem Republiki Liguryjskiej. W Diano Castello generalnie znajdziemy to co w większości małych, włoskich miasteczek. Zabytkowe kościoły, pozostałości murów obronnych... Ale czyż właśnie to nie jest najpiękniejsze? Ja uwielbiam takie niewielkie miasteczka, w których czas jakby stanął w miejscu i w które nie dociera zbyt wielu turystów. Czasem dobrze po prostu trafić w jakieś miejsce palcem na mapie i bez zastanowienia tam jechać. Gwarantuję wam, że w każdym włoskim miasteczku znajdziecie to "coś" i na pewno nie będziecie rozczarowani.





Byliście kiedyś w Ligurii? A może planujecie?

piątek, 14 lipca 2017

#165 A może by tak zamieszkać w Rzymie lub Wenecji?

Witajcie moi mili! :)
Tytuł z pewnością nie jest przypadkowy. Zestawiłam ze sobą dwa włoskie miasta, w których pomimo mojej najszczerszej i największej miłości do Italii, chyba nie potrafiłabym zamieszkać.
Oba miasta są piękne i wyjątkowe, prawda?
Ale czy życie w nich chociaż w najmniejszym stopniu przypominałoby bajkę?
Kiedyś opowiadałam wam o tym, że Rzym byłby jednym z pięciu miast, w których zamieszkałabym z przyjemnością więc teraz możecie poczuć się dosyć zaskoczeni. Wynika to z tego, że w moim sercu wciąż walczy Rzym zapamiętany z moich sekretnych miejsc i Rzym przeludniony, w którym trudno o spokojny oddech.

Rzym to taka włoska klasyka. Serce Włoch mimo, iż omijałam go przez wiele wiele lat nie będąc do końca pewną czy jestem gotowa na to, aby go zobaczyć. Nigdy nie wyobrażałam sobie pierwszej podróży do Rzymu w sposób w jaki robi to wielu ludzi. Nikomu nic oczywiście nie zarzucam i każdy podróżuje jak chce, ale... Nie potrafiłabym spontanicznie zakreślić Rzymu, spakować się i za kilka godzin w nim wylądować. Czułam chyba jakąś wewnętrzną potrzebę dorośnięcia do tego miasta. Krążyłam bliżej lub dalej niego i zawsze pozostawał tym miastem "na później". Chyba troszkę się bałam, że się rozczaruję, że okaże się inny niż myślałam czy widziałam w telewizji. Do Rzymu finalnie po raz pierwszy dotarłam 4 lata temu po 18 latach włoskich doświadczeń więc sami widzicie ile to czasu minęło... No i oczywiście jak to w życiu bywa, los wszystko pokrzyżował, a ja pierwsze godziny w wiecznym mieście spędziłam w fatalnym stanie. Nie mniej jednak, gdy wszystko wróciło do normy, zaczęłam odkrywać Rzym ze spokojem i wiecie co? Czułam się w nim dziwnie. Nie dziwnie w sensie, że mi się nie podobało czy, że jak najszybciej chciałam wracać... Podobało mi się i to bardzo, ale wśród tych wszelkich, wielkich zabytków, które znajdują się na rzymskich listach MUST SEE, znalazłam swoje własne i zdecydowanie spokojniejsze miejsca, które przeważyły o tym, że Rzym finalnie uznałam za wyjątkowy. Teraz, gdy piszę ten post, naprawdę brakuje mi trochę Rzymu. Chciałabym usiąść pod Fontanną Di Trevi, napić się wina z widokiem na Tyber i już o zgrozo szukam możliwości na dostanie się do Rzymu. Mimo to nie wyobrażam sobie, że mogłabym tam zamieszkać na okres dłuższy niż parę tygodni czy miesięcy. Nigdy nie mów nigdy więc gryzę się w język i przepraszam za swoje słowa. ;)
Mimo to Rzym jest dla mnie o wiele za duży. Nie potrafię w żaden możliwy sposób odnaleźć się wśród tego tłumu ludzi. Miliony mieszkańców + niezliczona ilość turystów. Włoskie miasta zawsze są nich pełne, ale Rzym najpewniej gromadzi ich najwięcej. Nie potrafiłabym swobodnie poruszać się jego ulicami. Metro budziło mój lęk. :D Mimo, iż większość włoskich miast jest głośnych, Rzym bije wszystkie pozostałe o głowę. Z drugiej jednak strony jest właśnie ten mój własny, odnaleziony Rzym... Marzenia o jeździe na Vespie niczym z "Rzymskich wakacji". Rzym, który milknie na chwilę, gdy wchodzisz do jednej z restauracji w bocznej uliczce.


Wenecja jest sprawą łatwiejszą, bo mimo, iż bardzo mi się podoba, nigdy nie zdarzyło mi się myśleć o zamieszkaniu w niej. Było to pierwsze duże miasto, które zobaczyłam we Włoszech jako 2 letnia dziewczynka więc na pewno zawsze będę mieć do niego sentyment i nawet lubię wracać do tego miasta, ale myśl, że mogłabym tam kiedykolwiek zamieszkać, zawsze jest dla mnie pewnego rodzaju abstrakcją. W Wenecji dotyka mnie jeden zasadniczy problem... Poczucie ciasnoty. Jak dla mnie w Wenecji wszędzie jest ciasno, wszędzie muszę ocierać się o ludzi, gdziekolwiek nie pójdę mam wrażenie, że stoję jedynie na skrawku niestabilnego lądu. W Wenecji brak miejsc, które odnajduję w innych dużych miastach. Nie ma miejsc sekretnych gdzie można by przystanąć, odpocząć od ludzi, poczuć się na chwilę samotnym.
Zawsze mówi się, że w Rzymie, Neapolu i właśnie w Wenecji najłatwiej o kradzież i choć pewnie to prawda to jedynie w Wenecji naprawdę się o to obawiam i w sumie tylko tam byłam świadkiem tego jak policja goniła złodzieja. Dodatkowo chyba nie mogłabym przywyknąć do mieszkania w mieście gdzie wszędzie dostawać się muszę taksówką wodną i mimo, iż kocham wodę to prawdopodobnie zbrzydłaby mi całkowicie gdybym musiała być nią otoczona z każdej strony.
Wiem też, że mieszkańcy Wenecji nie mają łatwego losu i często mówi się o tym, iż właśnie ich miasto jest jednym z najgorszych do zamieszkania na stałe. Potwierdza to także stale zmniejszająca się liczba mieszkańców, którzy uciekają poza Wenecję, gdy tylko mają ku temu sposobność. Mieszkańcy mają żal, iż ich miasto prawie całkowicie dostosowane zostało do odwiedzających je turystów. W samym mieście coraz mniej normalnych sklepów spożywczych i urzędów, a ceny posiłków w restauracjach są znacznie zawyżane.
Do tego problemy z transportem i fakt, iż Wenecja nie jest zbyt stabilnym miastem. Samo miasto stale osiada, a poziom wody z każdym rokiem rośnie.
Brakuje mi tam poczucia spokoju i miejsc, w których można by na chwilę zapomnieć o tym, że znajdujemy się w samym środku turystycznego chaosu.


A wy moglibyście odnaleźć się w którymś z tych dwóch miast?