Etykiety

czwartek, 23 listopada 2017

#196 23 rzeczy, których nauczyłam się we Włoszech.

Witajcie!
Bardzo zależało mi na tym, aby ten post pojawił się w dniu moich 23 urodzin. Nie mogę uwierzyć jak to szybko minęło i w to ile już mam lat! W głowie mi się to nie mieści, bo przecież dopiero co miałam 18stkę. :D

Jesteście ciekawi jakich 23 rzeczy nauczyłam się w Italii? Jakie prawdy o życiu poznałam, czego doświadczyłam i co będę pamiętać na zawsze? Jeśli tak, zapraszam do czytania.

1. Przyjaźń to rzecz święta.
Wszystko zależy od osób, ale podoba mi się to, że Włosi traktują przyjaźnie naprawdę bardzo serio. Powiedziałabym, że często poważniej niż swoje związki. Nauczyłam się, że naprawdę istnieją osoby, z którymi można stworzyć koleżeństwo oparte na zaufaniu i wzajemnej umiejętności podania sobie pomocnej dłoni, gdy zajdzie taka potrzeba. Nauczyłam się, że istnieje honor, który nie pozwala zrywać przyjaźni od tak.

2. Jedzenie jest prawie tak ważne jak oddychanie.
Jeśli nie jesz tyle co oni, albo nie nadążasz za ich tempem, zawsze będziesz traktowany jako ktoś z poza. Jedzenia się nie odmawia i broń Boże nie marnuje się go.

3. Do ludzi podchodzi się z sympatią.
Wiadomo, że nikt nigdy nie jest dla wszystkich miłych i że są osoby "trudniejsze" we współżyciu jak i te łatwiejsze, ale generalnie zasada jest taka" bądź miły dla obcych, a i oni otoczą cię sympatią i troską".

4. Mam dwa domy.
Jedna z najcenniejszych rzeczy jakie mam w życiu. Świadomość, że mój drugi dom jest w Italii i zawsze na mnie czeka, sprawia, że życie mija mi spokojniej i lepiej. Każdy lubi wiedzieć, że ma swoje miejsce na świecie, prawda?

5. Może warto wyrzucić zegarek.
Czas jest płynny i nie ma sensu umawiać się z nikim na konkretną godzinę. Przyjdzie to przyjdzie i basta. Po co się spieszyć i wpisywać się na siłę w ciasne schematy?

6. To co mnie trapi... załatwię jutro.
Oh nie zawsze jest mi łatwo brać to sobie do serca, ale z każdym kolejnym rokiem jest lepiej. Nie jestem mistrzynią przekładania spraw na potem i wcale nie chce nią być, ale odkładanie smutków na kiedyś tam, jest wygodną opcją.

7. Są rzeczy niewytłumaczalne.
Np. dlaczego pociąg, który miał być godzinę temu, nigdy nie nadjechał? Who cares.

8. Piękno istnieje na wyciągnięcie ręki.
Jeśli spędzasz część swojego życia pomiędzy najpiękniejszymi wąskimi uliczkami jakie tylko mogły ci się wymarzyć, a później jesz pizzę na schodkach jednego z kościołów na głównym placu miasta, jak można zwątpić w cudy?

9. Włoska pizza nie zawsze jest włoską pizzą.
Może brzmi to zabawnie i co poniektórzy popukają się teraz palcem w głowę, ale co ja poradzę, że nawet włoska pizza czasem bywa masowym gniotem? Lepiej uświadomić to sobie zamiast powtarzać każdemu, że włoskie jedzenie zawsze jest taaaaaaaakie idealne.

10. Gotowanie to radość.
Pokochałam prostotę gniecenia makaronu czy wykładania składników na moją przepiękna pizzę. Kocham gotować od zawsze, ale też żyję Italią od zawsze więc trudno chyba zdecydować co było pierwsze.

11. Makaron miesza się z sosem i składnikami na patelni, białe nitki makaronu na talerzu to wstyd.
No tak, zrozumiałam, że włoskie potrawy mają swoją duszę i dlatego tak wielu osobom przypadają do gustu. Makaron musi być bardzo dokładnie wymieszany z sosem i dodatkami, zanim wyląduje na talerzu. Te piękne układanki z instagrama w stylu biały makaron, na nim kleks z sosu i uroczy listek bazylii to mit.

12. Co by się nie działo, szukaj pozytywów.
Nie w modzie ciągłe marudzenie i narzekanie. Nawet w najgorszych życiowych sytuacjach, Włosi się uśmiechają. Nie chodzi o to, że nie mają problemów. Oni po prostu nie lubią o nich mówić, nawet w gronie przyjaciół. Po co nam wiszące nad głową czarne chmury?

13. Picie grappy powoduje mdłości.
Mówię serio. Niezależnie w jakich ilościach, jak i kiedy. Nie do powtórki.

14. Słowa "cazzo" użyć można na milion różnych sposobów.
Może to nie powinno się tu znaleźć, ale co ja poradzę, że mnie to bawi, a przy okazji ma żywy udział w moim życiu. "Cazzo" oznacza tyle co ch*j i jest chyba najczęściej używanym włoskim słowem. Ale kto by pomyślał, że można go użyć na tyle sposobów?

15. Obiad zawsze o 13.
Jak mnie to śmieszy, gdy wszyscy moi znajomi punkt 13 zasiadają do obiadu, a na wiadomość o tym, że ja zjem go o 15 czy 16, za każdym razem dziwią się tak jakbym mówiła im to po raz pierwszy. No cóż, ja rozumiem, że to bardzo szokujące. Będąc we Włoszech natomiast faktycznie najczęściej zaczynam jeść o 13, a kończę obiado-kolacją o 22.

16. Życie zaczyna się o zachodzie słońca.
Trudno z tym polemizować.

17. Zbyt częste "scusa" uprzyjemnia życie.
Oj tak, nigdzie nie słyszę tyle przepraszam co we Włoszech i paradoksalnie nigdy nie mówię tego tak wiele razy jak właśnie też tam.

18. Chodzenie środkiem ulicy paradoksalnie zmniejsza ryzyko wypadku.
To prawda, że przez Włochów prowadzana zazwyczaj jestem środkiem ulicy i wciąż żyje. Chodzenie chodnikiem czy poboczem w wielu miejscach w Italii wydaje się o wiele bardziej niebezpieczne.

19. Skuter ułatwia życie, ale jego prowadzenie nie jest tak łatwe.
Jest wiele wiosek porozrzucanych na stromych skałach gdzie jeżdżenie autem praktycznie zawsze kończy się urwaniem lusterek lub zarysowaniami. Trudno się więc dziwić, że skutery zrobiły taką furorę. Drugiej części tego zdania najlepiej nie będę wcale rozwijać ahah.

20. Pozytywne myślenie przyciąga szczęście.
Nieważne, że twoja dziewczyna właśnie cię porzuciła, dom spłonął, kot uciekł, a ty straciłeś pracę. Ważne, że masz jeszcze przyjaciół, którzy przygarną cię pod swój dach.
Krótko mówiąc- nieważne co by cię nie spotkało, zawsze skupiaj się na pozytywach.

21. Płacenie to jakaś bliżej nieokreślona czynność.
Zawsze trudno mi ogarnąć co właściwie zachodzi podczas płacenia grupowego. Każdy nagle rzuca jakąś sumę pieniędzy bez jakiegoś dogłębnego przeliczenia i jakimś cudem zawsze wychodzi idealnie.

22. Włoskie leki są mocniejsze.
Tak naprawdę nie wiem czy to prawda, ale jedynym co działa na moją alergię to włoski krem. A te same leki kupione w It i w Polsce też działają na mnie o wiele lepiej.

23. Kocham to miejsce, moją drugą ojczyznę.
I tym po prostu zakończmy. :)


Któryś z punktów spodobał wam się szczególnie?
Tak naprawdę dopiero tworząc tego posta, uświadomiłam sobie jak wielu różnych rzeczy się nauczyłam. Mogłabym tak pisać pewnie bez końca, ale zależało mi, żeby zamknąć to w tych 23 specjalnych punktach. :)

poniedziałek, 20 listopada 2017

#195 Słowa, których nie nauczą cię na lekcji włoskiego.

Si! W końcu się zmotywowałam i zebrałam odpowiednią ilość słów (choć po dodaniu tego wpisu znów okaże się, że o czymś zapomniałam i coś znów przyszło mi do głowy... No cóż), aby móc napisać konkretny wpis o wyrazach, których z pewnością nie poznacie na typowej lekcji włoskiego. Być może zrobię jeszcze mały update za jakiś czas, gdy faktycznie okaże się, że zapomniałam o wszystkich najważniejszych rzeczach...Póki co jednak przedstawiam wam 14 moich ulubionych słów i wyrażeń, których używam na co dzień, a których zdecydowanie brakowało mi na lektoratach.
Nie wiem jak wam, ale mi zawsze najbardziej ze wszystkiego, brakuje właśnie tych kolokwialnych wyrażeń. Kto posługuje się w normalnych okolicznościach sztucznym językiem?!
Z pewnością nie ja. Ja klnę jak Włosi choć na pewno nie jest to piękne, wrzucam w zdania wszelkie włoskie zwątpienia, zniecierpliwienia i gestykuluję jak szalona jak oni. Siła przyzwyczajenia. Dlatego też nie mogłabym porozumiewać się swobodnie, nie znając mowy potocznej. Mam nadzieję, że choć kilka słów/wyrażeń będzie dla was nowością.


1. Oziare- wylegiwać się/obijać się.
Kiedy pierwszy raz ktoś na odpowiedział tak na moje pytanie "Che fai?" (co robisz?) byłam lekko zdezorientowana. Oczywiście zrozumiałam z kontekstu co ma na myśli, ale szczerze byłam trochę zaskoczona. Nigdy wcześniej nie słyszałam tego słowa.

2. Il pisolino- drzemka.
Dość popularne słowo, prawda? Skutecznie jednak omijana na wszelkich lekcjach.

3. Mi viene l'acquolina in bocca- cieknie mi ślinka.
Dosłownie oznacza to, że do ust napływa mi ślina, ale po polsku lepiej to brzmi jako cieknie mi ślinka. Używane często, gdy ktoś obok ciebie je coś dobrego, proponuje ci coś dobrego, a ty mówisz do niego "Gnam, mi viene l'acquolina in bocca!"

4. Meno male- całe szczęscie/ dzięki Bogu!
Ok przyznam wam, że przez wiele lat myślałam, że "meno male" oznacza coś typu "nie najgorzej". Sporo czasu minęło zanim uświadomiłam sobie jego prawdziwe znaczenie, ale lepiej późno niż wcale, prawda?
Meno male używa się na każdym kroku. Nie ma dnia, żeby ktoś nie powiedział do mnie "meno male".

5. Due risate- żart/ śmiech.
Mówi się na przykład "lei mi fa due risate" czyli "ona mnie śmieszy/jest powodem mojego śmiechu". Nie chodzi o to, że ktoś się ośmiesza więc się z niego śmiejemy. Na przykładzie powyższego zdania może być tak, że "ona" po prostu opowiedziała coś zabawnego, co "fa due risate".

6. Smettila- przestań.
Jeśli ktoś narzeka bez powodu, zanudza cię swoimi problemami lub po prostu masz go dość mówisz "Ma smettila!" czyli "ależ przestań!" Mówi się tak także, gdy ktoś wyolbrzymia daną sprawę, którą ty raczej lekceważysz.

7. Che palle- nuda.
Przetłumaczyłam to z konieczności zapełnienia miejsca powyżej, ale tak naprawdę wyrażenie "Che palle" jest dość trudne do przetłumaczenia. "Che palle" używamy, gdy coś nas nudzi, jest żmudne lub mamy tego dość. Typu "Che palle, domani di nuovo vado al lavoro!" czyli "Ale masakra, jutro znów idę do pracy".

8. Intendo- mam na myśli.
W bezokoliczniku intendere. Używane, gdy na przykład rozmówca nie zrozumie co chciałeś pierwotnie powiedzieć (nie, że nie zrozumie, bo mówisz błędnie tylko dlatego, że na przykład coś jest zawiłe). Mówisz wtedy "Intendo che..." czyli "mam na myśli, że...", "Chcę powiedzieć, że..."

9. Mica tanto- wcale/słabo/niezbyt/nie za bardzo.
Używany bardzo często przez Włochów. Aby zrozumieć "mica tanto" wystarczy podać przykład.
"Sai cantare?" "Mica tanto!" Czyli pytamy kogoś czy umie śpiewać, a ta osoba odpowiada "wcale!" czyli "mica tanto".

10. Anzi- wręcz przeciwnie/ co więcej/zmiana zdania.
Jak ja nie lubię słowa "anzi"! Jeśli miałabym wybrać jedno dowolne słowo, które usunęłabym z włoskiego słownika, to byłoby to właśnie "anzi". NIENAWIDZĘ tego słowa, ale używane jest nagminnie przez wszystkich Włochów, których znam.
Dla mnie to takie słowo "wszystko i nic". Zmienia swoje znaczenie zależnie od kontekstu i dla początkujących osób z pewnością będzie niemożliwością odgadnąć co autor miał na myśli. ;)

11. Addirittura- wręcz! Co ty nie powiesz?!
To słowo zazwyczaj jest po prostu wykrzyczane. Można nim zobrazować zaskoczenie, albo wzmocnić niektóre słowa.
"Mi sento male, addirittura malissimo."- Czuję się źle, wręcz tragicznie.
Ale na przykład
"Non ho dormito da 2 giorni" "Addirittura?!"- Nie spałam od dwóch dni. No co ty?!

12. Avere culo- mieć szczęście.
No cóż, zabawne te włoskie sposoby na szczęście.
Biorąc pod uwagę, że "culo" to tyłek to bardziej brałabym tutaj pod uwagę wyrażenie "dawać dupy" (wybaczcie) niż mieć szczęście. Niemniej jednak powiedzenie "Ho culo" oznacza tyle co "mam szczęście".

13. Freddoloso- zmarźluch.
Uwielbiam to słowo więc nie mogło go tu zabraknąć! Czemu nikt go nie uczy? Oh.

14. Dormiglione- śpioch.
Nie jestem śpiochem, ale bardzo często używam tego określenia względem innych dlatego to zdecydowanie jedno z ulubionych słów.


Które wyrażenie wam się spodobało? A może któreś już znaliście?
Dajcie znać!

sobota, 18 listopada 2017

#194 Czym jest włoski trash?

Przyznać się, ilu z was jest tutaj, ponieważ zaintrygował was tytuł?
Zdecydowanie brzmi bardzo tajemniczo. Włoski trash? Trash po angielsku oznacza śmietnisko, odpadki, a we włoskiej mowie potocznej, jest określeniem wszystkich włoskich reality show. Muszę przyznać, że nazwa nie mogłaby być trafniejsza.
Pisałam wam już kiedyś czemu oglądanie włoskiej TV może prowadzić do choroby psychicznej (z przymrużeniem oka, a link do wpisu tutaj KLIK), więc ten kto jest ze mną już od jakiegoś czasu, na pewno nie zdziwi się czemu znów poruszam wątek włoskich trashów.
Włoska telewizja to naprawdę studnia bez dna! Znaleźć można w niej tyle perełek, że aż głowa mała.

Choć Włosi są mistrzami tworzenia reality show, które trwają godzinami (serio, ostatnio oglądałam włoskiego big brothera i wyłączyłam go, gdy zaczęła się trzecia godzina...) to zdecydowanie najpopularniejszym trashem jest program "Uomini e donne". Nie oglądam tego na bieżąco, raczej naprawdę od przypadku do przypadku (inaczej już bym zwariowała), ale prawda jest taka, że będąc we Włoszech, czytając włoskie gazety, oglądając instagramy czy w ogóle mając za przyjaciółkę Włoszkę (co za ulga, że chociaż mój kolega tego nie ogląda), nie da się nie wiedzieć kto aktualnie bierze udział w programie, jaką wtopę zaliczył czy kogo wybrał.
Wydaje mi się, że wśród Włochów do 30 roku życia, trash jest niczym narkotyk. Środa wieczór zawsze obfituje w screeny z programu, zabawne historie i licytowanie się kto kogo wybierze.
Czasem szczerze mi siebie żal, że daje się wplątywać w takie polemiki od czasu do czasu.

Uczestnicy trashów naprawdę natychmiast stają się rozchwytywanymi celebrytami...
Ale od początku.

Czym jest "Uomini e donne"?
Z założenia jest to program randkowy. Wybierani są czterej troniści. Tronistą jest osobą, która siedzi na tronie pośrodku studia i to do niej zgłaszają się osoby chcące podbić jej serce. Kandydatów jest naprawdę dużo! Do programu zgłaszać się mogą także osoby homoseksualne. Wydaje mi się, że to pewnego rodzaju nowość, bo we wszystkich pozostałych programach randkowych zazwyczaj widzi się tylko pary mężczyzna + kobieta.

Troniści mają określony, bardzo krótki czas (z tego co pamiętam około minuty), aby porozmawiać z każdym kandydatem. Na podstawie tej szybkiej pogawędki następuje selekcja. Tronista lub tronistka wybiera tych, którzy ją zainteresowani i to z nimi może umawiać się na randki, aby ich lepiej poznać. Oczywiście kamera towarzyszy im przez cały czas, a jakby inaczej!

Chyba najważniejszą sprawą, o której trzeba wspomnieć to... We Włoszech mówi się często, że kobiety w ich kraju traktowane są dość przedmiotowo i czasem oglądając ich gazety czy telewizję, nie można się z tym nie zgodzić. Oczywiście, wszędzie w telewizji występują raczej atrakcyjne osoby, ale przecież polskie reality show pełne są ludzi przeciętnych/normalnych. Nie chce nikogo urazić. Chodzi mi po prostu o normalne osoby, takie jakie mijamy codziennie na ulicy. Takie jaką ja też jestem.
We Włoszech wygląda to zupełnie inaczej. Włoszki są piękne, nie można im tego odmówić, ale no... Uczestniczki "Uomini e donne" wyglądają trzy miliony lepiej niż dziewczyny z ulicy. Zazwyczaj są to młode kobiety między 18, a 30 rokiem życia, a większość z nich jest już po operacjach plastycznych, wymalowanych mega mocno, ubranych bardzo wyzywająco i w dodatku wszystkie o nienagannych figurach. Serio? Przeciętna Włoszka ma 175 wzrostu i waży 45 kg? No chyba nie...
Włoskie trash wyglądają tak jakby mogli zgłaszać się tam tylko ludzie idealni (bo mężczyźni w "Uomini e donne" też wyglądają jakby nagle zstąpili z wybiegu czy tam prosto z nieba). Czy włoskie programy randkowe pozwalają szukać miłości tylko ludziom pięknym i wręcz odrealnionym?
Nic dziwnego, że Włosi mają taki żal do swojej telewizji...
Kto pragnie oglądać non stop ludzi, których nie widuje się na ulicy...? I to w reality show?

Wróćmy jednak do programu... Co dzieje się pod jego koniec? Gdy tronista bądź tronistka wybiorą już swoją drugą połówkę następuje ich ponowna konfrontacja w studio na żywo. Siedzą obok siebie, jedno z nich zazwyczaj opowiada jak to boi się podjąć decyzję, jak to się świetnie bawiło, jak to trudno już teraz decydować... Za ich plecami oczywiście wyświetla się wielki napis "Fabio (lub każde inne dowolne imię trnisty/tronistki) dokona dziś swojego wyboru".
Jeśli już para się zejdzie to dzieje się prawdziwy szał ciał.
Lecą płatki róż, brokat, kolorowe karteczki, widownia klaszcze, płacze, piszczy, para całuje się i obściskuje jakby reszta świata nie istniała...

Co dzieje się z uczestnikami po programie? Ah oczywiście są wielkimi celebrytami i Włosi śledzą każdy ich krok i każde ich poczynanie. Wystąpić też mogą w big brotherze dla Vipów!
O dziwo jednak dość sporo par z "Uomini e donne" przetrwało próbę czasu i dziś są małżeństwami lub narzeczeństwem...

Jako ciekawostkę powiem wam, że od tego roku emitowany jest "Uomini e donne" w wersji dla osób po 50stce.. Zasady są jednak trochę inne. Między innymi nie ma na przykład tronistów.

Ah ten fenomen trashów.
Dla was poniżej mam kilka fragmentów. W pierwszym filmiku, jeśli przewiniecie całą tą paplaninę, od minuty 6:30 będziecie mogli zobaczyć ten szał ciał, o którym wam mówiłam.
POLECAM jako ciekawostkę kulturową.
Dziś Giulia jest chyba najpopularniejszą uczestniczką.



Poniżej macie też 20 najpiękniejszych par programu. ;)

Tutaj możecie jeszcze zobaczyć super ;) ekscytującą kłótnie pomiędzy uczestnikami. 



Co myślicie o trashach? ;)
Zdarza wam się oglądać?

środa, 15 listopada 2017

#193 Pompeje.

Witajcie kochani. Jak się macie? :)
Pogoda nieźle daje nam w kość więc czas spędzam planując kolejne wycieczki i oglądając zdjęcia pełne słońca i wakacyjnej beztroski. Ah kiedy to było to lato?! 2 miesiące temu zbierałam się do wyjazdu do Neapolu. Czas leci zbyt szybko więc pamiętajcie, aby nigdy go nie marnować.

Dziś zabieram was do miejsca gdzie historia spotyka się z oszałamiającym pięknem.
Po raz pierwszy w Pompejach byłam w 2013 roku i przez 4 lata marzyłam, żeby tam wrócić, ale nigdy nie było jakoś po drodze. Dlatego tak bardzo cieszę się, że w tym roku znów tam wróciłam i wiem na pewno, że niebawem znów tam pojadę.
To miejsce ma w sobie jakaś niesamowitą magię.
Gdy stajesz pomiędzy ruinami i uzmysławiasz sobie, że kiedyś to miejsce tętniło życiem, które nagle wszystkim zostało odebrane w tak okrutnie przemyślany przez naturę sposób...
To straszna myśl, której grozę zaczynasz czuć, gdy tylko sobie to wszystko uzmysłowisz.
Uwielbiam przechadzać się pompejskimi alejkami. Nie ma miejsca, które nie zrobiłoby na mnie wrażenia.
Uwielbiam ten widok na Wezuwiusza, który z daleka przecież nie wygląda tak groźnie!
Jak on mógł tak gwałtownie zmienić ludzkie istnienia i bieg historii?
Starożytnych mieszkańców Pompei już nie ma, ale pamięta o nich każdy. Zwłaszcza, gdy przybędzie do tego osławionego miejsca i zobaczy wszystko na własne oczy...









Nie mogę doczekać się aż wrócę tam po raz trzeci. Tak, wiem, jestem szalona, ale to miejsce działa na mnie jak narkotyk! Może to kwestia tego, że naprawdę kocham włoskie ruiny, może tego, że Pompeje zawsze były moją fascynacją, a może dlatego, że to tam najlepiej myśli mi się o życiu. Nieważne. Wrócę tam kolejny raz, kolejny raz napiszę wam jak wielbię to miejsce i kolejny raz usiądę na wiekowych kamieniach teatru, aby kontemplować otaczający mnie raj, który dla innych, wiele, wiele lat temu, okazał się ziemią przeklętą.

Byliście w Pompejach?

piątek, 10 listopada 2017

#192 Wezuwiusz.

Dziś kolejny post z neapolitańskiej serii. Wiem, że się cieszycie!
Wiecie, że Wezuwiusza zawsze oglądałam z daleka? To znaczy już parę razy w swoim życiu znalazłam się nieopodal, ale nigdy nie miałam okazji wejść na jego szczyt. Nawet nie wiecie jak o tym marzyłam, ale nigdy wcześnie jakoś nigdy nie było okazji... Wiedziałam, że tym razem nie odpuszczę i wejdę! Marzyło mi się zobaczyć Neapol z góry, a poza tym ja kocham wulkany. Etna mnie zachwyciła, teraz przyszła pora na Wezuwiusza, pana i władcę neapolitańskich istnień!
Najpierw trochę informacji organizacyjnych.
W centrum Neapolu najlepiej wsiąść do pociągu Circumvesuviana i pojechać aż na stację Ercolano. W życiu nie powiem wam teraz ile kosztuje bilet w jedną stronę, a żeby mieć pewność musiałabym przekopać się przez miliony starych biletów (kolekcjonuje wszystko!), ale z pewnością było to ok. 2 euro. Wydaje mi się, że nie mniej niż 2 i nie więcej niż 2,40. Mogę się jednak leciutko mylić.
Oczywiście ja jestem gapą roku. Serio, jeśli ktoś ma się gdzieś zgubić to z pewnością będę to ja. Notorycznie mylę kierunki i takim to sposobem wpakowałam nas do złego pociągu (a to pierwszy raz...?) Oczywiście Włosi to kochany naród i po kilku przejechanych stacjach, gdy pani siedząca obok mnie usłyszała słowo "Vesuvio" od razu zainteresowała się czemu jadę tym pociągiem. Oczywiście szybko poinstruowała mnie o tym, że wsiadłyśmy kompletnie źle i w co powinnyśmy się przesiąść. Niech żyją Włosi, którzy zawsze mnie ratują!

Dalej podróż minęła już mniej więcej gładko. Oczywiście pomijając zapchaną do granic możliwości Circumvesuvianę i Włocha, który usiłował mnie molestować i uciekł z pociągu speszony, gdy zareagowałam.
Po wyjściu ze stacji Ercolano zostałyśmy "zaatakowane" przez koordynatorów wycieczek. Norma w każdym turystycznym miejscu. Uściśliłyśmy więc opłatę 20 euro (10 za dowóz pod Wezuwiusza i 10 za samą możliwość wejścia) i poczekałyśmy chwilę na swoją kolej. Od razu uprzedzę tych, którzy powiedzą- O Boże 10 euro za przejazd pod Wezuwiuszaaaaaa.
Jedzie się naprawdę dość długo, jakoś 20-30 min, choć nie patrzyłam na zegarek. Możecie zaoszczędzić te 10 euro i iść na piechotę, ale ostrzegam, że jest to ok. 15-20 km pod górę, po zakrętach, po niezbyt bezpiecznej drodze (ja bym tamtędy raczej nie szła. Choć mówię to ja, która w Pizzo szła jeszcze gorszą drogą upsss). Możecie też podjechać samochodem, ale parking na górze też kosztuje ok.10 euro więc nie wiem czy wyjdziecie na swoje. :D
Po dojechaniu do celu, kierowca powiadamia, iż musimy wrócić na parking na czas czyli za 1,5 godziny. Inaczej nasze bilety staną się nieważne i nie będziemy mieli jak wrócić.


Z informacji praktycznych- nie ma co planować swojej wycieczki wcześniej, bo pogoda bywa kapryśna. Czasem w Neapolu pogoda jest boska, a nad Wezuwiuszem piętrzą się czarne chmury, które uniemożliwiają jakąkolwiek widoczność. Czasem za to w Neapolu jest brzydko, a na Wezuwiuszu pogoda idealna. Lepiej po prostu obserwować warunki atmosferyczne niż upierać się, że musicie wyruszyć akurat tego konkretnego dnia. Można też spytać lokalsów, którzy zazwyczaj wiedzą kiedy dobrze jest się wybrać, a kiedy sobie odpuścić.
Pamiętajcie też, że na Wezuwiuszu powietrze będzie lekko mówiąc... RZEŚKIE, żeby nie powiedzieć, że po prostu będzie bardzo zimno. Ja o tym doskonale wiedziałam już od lat..., ale mimo to postanowiłam wchodzić w shortach, cienkiej koszulce i cienkiej bluzie. Było mi naprawdę zimno, prawie jak w zimę ahah. Wydychałam parę i po ostrej wspinaczce po wdychaniu tego lodowatego powietrza, czułam mocne kłucie w klatce piersiowej.


Sama trasa może nie jest jakoś szalenie przyjemna. O wiele wygodniej i sprawniej wchodziło mi się na Etnę. Trudno powiedzieć ile trwała sama wspinaczka, ponieważ robiłam po drodze zdjęcia i ciągle się gdzieś zatrzymywałam, ale wydaje mi się, że z postojami i zdjęciami 30-45 min to max.
Na samej górze praktycznie nie ma nic do robienia. Na środku jest sklep z pamiątkami. Można podejść do "barierki" i zajrzeć do dymiącego się krateru, który naprawdę jest mniej widowiskowy niż Etna. Przechylałyśmy się tam z koleżanką, a pewna starsza pani z Anglii chyba dwadzieścia razy krzyknęła "Brave girls! Be careful!" ahah.

Podsumowując nie żałuję, że wybrałam się na Wezuwiusza- w końcu tyle razy patrzyłam na niego z lądu, ale raczej nie powtórzyłabym tego. Oczywiście wciąż mam do niego sentyment. Nic nie rozczula mnie tak niż widok Wezuwiusza z zatoki neapolitańskiej... Naprawdę, mam łzy w oczach. Gdybym zamieszkała tam na stałe, albo płakałabym za każdym razem patrząc na niego, albo uodporniłabym się i stałabym się całkowicie niewzruszona.
Jednym niepodważalnym plusem wędrówki, z pewnością jest fakt, iż widoki z góry są delikatnie mówiąc... nieziemskie! Ogromnie cieszę się, że trafiłyśmy taką świetną pogodę choć z tym był trochę ryzyk fizyk. Dzień wcześniej w ogóle nie było widać Wezuwiusza tak był zachmurzony! Ale ja, ryzykując, powiedziałam, że następnego dnia pojedziemy na 100% tak jak było ustalone od tygodni i pojechałyśmy. Pogoda była cudowna. Wybaczam nawet to lodowate powietrze.













Macie może jakieś pytania co do organizacji wycieczki na Wezuwiusza.?:)

wtorek, 7 listopada 2017

#191 Moje triki na naukę języka włoskiego.

Witajcie kochani!
Tak, wiem, podobny wpis już kiedyś był, ale taka tematyka zawsze cieszy się na moim blogu największą popularnością więc myślę, że mały update wam się przyda!
W dzisiejszym poście opowiem wam o tym:
 -jak sprawić, żeby nauka była przyjemnością,
 -jak uczyć się do kartkówek ze słówek,
 -jak znaleźć przyjaciela native speakera,

Zacznijmy więc od początku!

Niektórzy podchodzą do nauki jak do kary czy zła koniecznego. Nie dziwię się takiego podejścia, gdy ktoś (szkoła, rodzice) wymusza na was naukę i nie wynika ona z waszej szczerej chęci. Mimo to, nawet, gdy musicie uczyć się na zajęciach języka, który w ogóle wam nie leży, proszę was! Nie zniechęcajcie się! Też kiedyś byłam zbuntowaną nastolatką i też denerwowałam się na co mi szkoła z rozszerzonym francuskim skoro nienawidzę tego języka. Niestety uczyłam się go na siłę, robiąc wszystkim (a sobie najbardziej) na złość. Dziś wiem, że powinno wykorzystywać się wszelkie możliwości i jeśli nawet macie w szkole język, który zupełnie wam nie leży, i tak postarajcie się czerpać z tego jak najwięcej. I tak musicie to zdać, a przecież nie zaszkodzi wam przynajmniej próbować znaleźć w sobie miłość do niego.
Najważniejszym więc punktem jest odnalezienie w sobie pasji i tego czegoś co sprawi, że każda lekcja czy kontakt z danym językiem wywoła na waszej twarzy wielki uśmiech!
Wiele razy słyszałam teksty w stylu: Boże jest weekend, a ty uczysz się słówek?! Robisz ćwiczenia gramatyczne?! Nie masz życia?!
A może tak by to odwrócić i pomyśleć, że dla mnie otaczanie się ukochanym językiem jest prawdziwym szczęściem?
Dopóki więc nie pokochacie czegoś, zawsze będzie was to męczyć.
Czasem miłość przychodzi z czasem więc dajcie go sobie. Sprawdźcie jakie filmy zostały wyprodukowane przez dany kraj, w którym posługują się językiem, którego się uczycie. Posłuchajcie muzyki w tym języku. Może poczytajcie gazety czy poprzeglądajcie zdjęcia z miast znajdujących się w tym kraju. Znajdźcie w sobie miłość, albo nauka nigdy nie będzie szła gładko!


Kartkówki są lub były zmorą w waszym szkolnym życiu, trafiłam? Nauka pod kartkówki ze słownictwa nigdy nie bywa szczególnie przyjemna, bo zazwyczaj ogranicza się do wykucia iluś tam słów, napisaniu ich i... zapomnieniu?
A może by uczyć się tak, aby nigdy tego nie zapomnieć?
Mam na to kilka sposobów, które wykorzystywałam będąc w szkole jak i wykorzystuję do tej pory starając się nauczyć słownictwa specjalistycznego.
Po pierwsze wypisz słowa na oddzielną kartkę. Według mnie nie ma różnicy czy najpierw zaczniesz od wypisywania ich po polsku czy w innym języku, w moim przypadku po włosku.
Ja zawsze zaczynałam jednak od słówka włoskiego i dopiero później pisałam jego tłumaczenie.
Dodatkowym sposobem jest, aby po danym słówku, napisać jak najwięcej znanych wam synonimów. Nie ściągajcie ich jednak ze słownika czy internetu! Jedyne czego możecie użyć to wasza głowa, tylko wtedy to ma sens.
Po tym etapie możecie zacząć układać w myślach przykładowe zdania gdzie użylibyście tego słowa. Prowadźcie dialogi z samym sobą. Opowiedzcie sobie jakąś historyjkę!
Ważne, aby nie kuć słów na pamięć, a starać się je z czymś kojarzyć. Zobaczycie, że po pewnym czasie głowę pełną będziecie mieli zdań i synonimów, a słowa same będą przychodzić wam na myśl!


Moim małym, wielkim marzeniem zawsze było posiadanie włoskich przyjaciół. Może was to śmieszyć, ale było to moje malutkie life goal. W swoim życiu poznałam bardzo dużo Włochów i Włoszek. Z niektórymi cudownie mi się rozmawiało na żywo, ale gdy wracałam do kraju kontakt całkowicie się urywał. Wśród Włochów często byli tacy, którzy jawnie oczekiwali ode mnie czegoś więcej. Były też osoby, z którymi praktycznie od początku nie mogłam się dogadać. Była jedna dziewczyna, która wydawała mi się całkiem spoko, ale przez cały czas zadawała mi dziwaczne pytania i nasze rozmowy ograniczały się do tych serii dziwnych pytań typu: "Jaka strefa czasowa obowiązuje w Polsce?", "Z kim graniczy Polska?" itd. Mogłabym uznać to za słodką ciekawość, gdyby każdego dnia nie rozpoczynała od TYCH SAMYCH pytań. Nasze drogi więc szybko się rozeszły. Nie dlatego, że nie chciałam opowiadać jej o Polsce, bo o tym akurat bardzo często opowiadam moim znajomym, ale dlatego, że nie lubię, gdy ktoś bez przerwy pyta o to samo tak jakby w ogóle mnie nie słuchał.
Moje małe life goal spełniło się jakiś czas temu. Mam dwójkę naprawdę fajnych znajomych z Neapolu i Mediolanu. Przetrwaliśmy próbę czasu, odległości i odmiennych poglądów w wielu sprawach. W tej dwójce jest oczywiście moja boska przyjaciółka, z którą rozmawiam najwięcej ze wszystkich ludzi. Więcej rozmawiam chyba tylko z moim chłopakiem. S. byłaby od razu za nim na drugim miejscu, bo przegadujemy ogromne ilości czasu, które wykończyłyby na pewno pozostałych moich znajomych! A może to jednak z S. rozmawiam najwięcej? Hmmm trudny wybór!
Do moich znajomych mogę też zaliczyć pewną dziewczynę z Neapolu, której nie znam osobiście i ogromnie żałuję, że nie udało nam się spotkać, gdy byłam tam miesiąc temu. Następnym razem na pewno nie odpuszczę. Tak to instagram łączy ludzi! Nie rozmawiamy zbyt często, ale zdaje mi się, że to świetna dziewczyna.
Moje małe life goal spełniło się, ale trudno jest mi dać wam odpowiednią receptę na przyjaźń z native speakerem. Sama miałam miliony koleżanek Włoszek, z którymi kontakt umierał po kilku tygodniach. Miałam kolegów Włochów i gdy myślałam, że to ta dobra znajomość to okazywało się, że są lekko mówiąc mało rozumni, albo w znajomości jest drugie dno.
Trudno dać przepis na przyjaźń, ale zawsze trzeba od czegoś zacząć zanim ze zwykłej znajomości stanie się ona znajomością na całe życie, prawda?
Najłatwiej będzie wam poznać kogoś podczas wyjazdu. Możecie śmiało poprosić kogoś o pomoc w znalezieniu czegoś, oprowadzenie po mieście. Większość młodych ludzi nie będzie miała z tym problemu, a ty nie dość, że poćwiczysz język to może i poznasz kogoś naprawdę wartościowego.
Szansy na rozmowę i znajomość możesz poszukać także w social media. Instagram jest teraz całkiem fajnym miejscem do zagadania kogoś pod warunkiem, że oczywiście nie trafisz na wariata. :D

Jakie są wasze sposoby na poznawanie native speakerów bądź na naukę słownictwa?
Jestem ciekawa!

sobota, 4 listopada 2017

#190 Moda po włosku.



Witajcie kochani!
Gdy myślę o ikonach mody wcale nie mam na myśli Francuzek. W swojej głowie od razu widzę Włoszki, zwłaszcza te z południa. Neapol to prawdziwa stolica mody! Włoszki mają niezwykle oryginalny styl ubierania i im dalej na południe tym ciekawiej. Wiele stylizacji podbija moje serce, pewnie dlatego większość profili, które obserwuje na instagramie należy do Włoszek, z przewagą Neapoletanek i mieszkanek Abruzzo. Oczywiście jest też dużo outfitów, które budzą wręcz moje przerażenie.
Podczas upalnego września w Neapolu, niczym dziwnym były dziewczyny ubrane w kozaki do połowy uda, shorty stylizowane na skórzane i wielkie, kolorowe futra. Przypomnę tylko, że było 27 stopni każdego dnia. Było też sporo takich, które wieczorami wychodziły w niebotycznych szpilkach, miniówkach i samych koronkowych stanikach. Wyobrażacie to sobie? Moi włoscy koledzy pokazywali je sobie palcami i generalnie myślałam, że im się to podoba kiedy śmiali się i powtarzali "wow wow". Gdy spytałam jednak: "Serio? Według was 15 sto latka w kozakach do połowy uda i samym staniku jest spoko?" Oni odpowiadali: "Przecież śmiejemy się, bo wygląda jak kurw.."
Takich dziewczyn wieczorami niestety widzi się sporo, wiele stylizacji jest przerysowanych i na siłę mają one zwrócić uwagę. Na całe szczęście jest też dużo perełek, takich, których nie zobaczy się na polskich ulicach! Kocham Włoszki za to, że łączą ze sobą nietypowe ubrania, tworzą oryginalne kombinacje i zawsze wyróżniają się z tłumu.

1. Skarpetki.
W tym roku hitem włoskiej mody z pewnością są... widoczne skarpetki! Większość Włoszek kupuje skarpetki w Calzedonii zawsze pełnej unikatowych wzorów i fasonów, ja także jestem ich fanką. W całej zabawie chodzi o to, żeby skarpetki były jak najbardziej widoczne. Chodziłam ulicami Neapolu i od razu patrzyłam wszystkim dziewczynom na nogi i wszystkie miały wystające jak najbardziej skarpetki. Na początku śmieszyło mnie to, ale teraz szalenie mi się podoba.

Pic by Mariagrazia Lonati, one of my fav instagram.

2. Rajstopy a la kabaretki z perełkami i innymi ozdobami.
Zwykłe kabaretki odeszły w zapomnienie, a na ich miejscu pojawiły się kabaretki z perełkami, koralikami, plastikowymi sztucznymi kwiatkami. Najczęściej noszone do mega krótkich shortów lub kolorowych spódniczek, ale czasami także pod spodnie z dużymi dziurami.

Pic by Mariagrazia Lonati.

Pic by Veronica Alesci.

3. Spodnie z lampasami?
Nie wiem jak inaczej je nazwać, ale to te szerokie spodnie z kolorowymi paskami po bokach nogawek.

Pic by Clotilde Sansone.

4. Kolorowe futra i bluzy.
W tym sezonie włoskie ulice opanowały wielgaśne kolorowe futra, najczęściej różowe lub w pastelowych barwach oraz puszyste, sprawiające wrażenie o kilka rozmiarów za duże, bluzy. O ile uważam, że są całkiem fajne, noszenie ich w upalne dni jest dla mnie nie zrozumiałe.

Pic by Arianna Palazzo.

5. Przezroczyste bluzki lub noszenie samych staników i zakładanie na nich skórzanych kurtek.
Powiedziałabym, że to prawdziwy hit wśród młodych Neapoletanek. Nie wyszłabym tak na ulicę, ale może po prostu nie jestem już w tym magicznym wieku 16-18 lat! ;)
Na zdjęciu bardzo znana 17sto letnia gwiazda pewnego włoskiego show.

Pic by Marika Ferrarelli.

6. Buty Gioselin.
Jeśli miałabym wskazać jeden trend, który naprawdę mi się nie podoba, a który podbił chyba wszystkie południowo włoskie ulice byłby to... Gioselin, a raczej jego buty. Ok, mogę uwierzyć, że są wygodne, z całą pewnością oryginalne, ale to najbrzydsze buty jakie w życiu widziałam i nie mogę uwierzyć, że co druga młoda dziewczyna dała za nie 90 euro!
Na ich buty skusiła się nawet Argentyńsko- włoska modelka.

Pic by Belen Rodriguez.

Pic by Martyna Cepparulo.

Jak wam się podobają te trendy? Napomnę jeszcze tylko, że tak ubrane można zobaczyć także 50 letnie kobiety. Czasem zdaje mi się, że Włoszki mają jakiś problem z zaakceptowaniem uciekającego czasu i widok 40-50 letniej kobiety w bluzce z myszką Miki, różowym futrze i shortach nie jest niczym dziwnym.


MY FAV ITALIAN FASHION INSTAGRAM:

1. @Ilariascalera

2. @federica_of_rose


3. @lisadimaria_


4. @mariagrazialonati


5. @veronicaalesci


6. @giul_love

7. @sarychic

8. @rianna.p_ 


9. @martinacaccavo

10. @claudia_dibenedetto



Podoba wam się styl Włoszek? Może znaliście już którąś z dziewczyn?