czwartek, 27 lipca 2017

#168 Mozzarella in carrozza.

Witajcie moi mili! :)
Dziś mam dla was przepis na mój zdecydowany kuchenny hit. Uwielbiam włoską kuchnię (co pewnie nie jest zaskoczeniem dla nikogo kto mnie czyta:)), a co za tym idzie także włoskie przekąski. Zawsze są pyszne i co najważniejsze, bardzo łatwe i szybkie to przygotowania.
Mam nadzieję, że poniższy przepis przypadnie wam do gustu i zdecydujecie się przygotować taką drobną przekąskę we własnych domach. Dajcie mi znać koniecznie czy wam smakowało!

Składniki na 4 tosty:
- 8 kromek tostowego chleba
- opakowanie mozzarelli (przy opcji 3-4 tosty.)
- 100 ml mleka
- 3 jajka
- oliwa
- przyprawy
- możecie też dodać szynkę
Przygotowanie:
Kromki kroimy na pół i maczamy jedną stroną w mleku. Na mokrej stronie kładziemy mozzarellę  (i szynkę) i przykrywamy drugą częścią kromki. Całość obtaczamy w roztrzepanym jajku z przyprawami. W między czasie rozgrzewamy oliwę na patelni i gdy będzie nagrzana, kładziemy nasze tosty. Smażymy z obu stron aż ser się rozpuści, a chlebek będzie rumiany.
Pyszności!

Smacznego moi drodzy <3 Lubicie takie przekąski?

sobota, 22 lipca 2017

#167 Włochy kryminalnie.

Dzień dobry kochani! :)
Wiem, że podobała wam się ta krótka seria i dlatego od jakiegoś czasu zbierałam się, żeby napisać nowy wpis, kontynuację poprzedniej części, która pojawiła się dawno temu (KLIK), ale wciąż brakowało mi weny (a może i czasu, bo zebranie wszystkich ważnych informacji nie jest wbrew pozorom takim szybciutkim procesem).
Dziś mam dla was przerażającą i tragiczną historię Gelsominy Verde, która kilka lat temu stała się ofiarą Camorry. Jej historia była też inspiracją dla twórców serialu Gomorra, którzy wykorzystali ją pod postacią 15sto letniej Manu, która także była przetrzymywana i torturowana przez jednego z głównych mafiozów, a potem brutalnie zamordowana i spalona.

O tym, że w organizacjach mafijnych często dochodzi do rozłamów i walk o przejęcie władzy chyba nikomu nie muszę wspominać. Tak też działo się w 2004 roku w Neapolu i jego okolicach. Pod nieobecność bossa Paolo di Lauro, jego 31 letni syn Cosimo rozpętał wojnę, na której tragiczne skutki nie trzeba było długo czekać. Do zaostrzenia konfliktu doszło wraz z powrotem z Hiszpanii jednego z głównych mafiozów Lello Amato. Od Cosima odsunęli się starsi członkowie Camorry, którzy obawiali się, iż wkrótce Cosimo wszystkich ich i tak zastąpi swoimi młodszymi kolegami. Konflikt między tymi, którzy pozostali z Cosimem, a tymi potocznie nazywanymi "Hiszpanami" czyli ludźmi Lello Amato, stale narastał i trwał przez kilka, długich miesięcy. W tym czasie w Neapolu i jego najbliższych okolicach zamordowanych zostało ponad 50 osób, w czym znaczna ilość przypadkowych, niewinnych ofiar. Sławną była masakra, do której doszło w centrum miasta na jednej z głównych ulic. Mafijni żołnierze strzelali do tłumu przemieszczając się na skuterze. Zginął wtedy przypadkowy, młody chłopak. Zabitych przez przypadek (okropnie to brzmi) zostało także dwóch chłopców grających w piłkarzyki. Także 14 sto latka, którą posłużono się jako żywą tarczą... Takich tragicznych historii ulice Neapolu znają wiele.

Wracając jednak do sprawy samej Gelsominy...
22 letnia Gelsomina przez pewien czas spotykała się z Gennaro, który był członkiem klanu "Hiszpanów". Para jednak wkrótce rozstała się i utrzymywała jedynie sporadyczny kontakt. Pojawiły się jednak plotki, iż jednej z nocy Gelsomina widziana była wraz z Gennaro podczas przejażdżki na skuterze podczas, której rzekomo mocno go przytulała.
Wkrótce po tym, zwabiona podstępem Gelsomina, została porwana przez ludzi z klanu Di Lauro, którzy próbowali wyciągnąć od niej informacje na temat miejsca pobytu Gennaro.
Młoda dziewczyna była torturowana i dotkliwie bita przez wiele godzin. Nie odpowiedziała jednak na pytanie gdzie znajduje się jej były narzeczony. Spekulowano, iż najprawdopodobniej sama nie znała miejsca jego pobytu, albo najzwyczajniej w świecie i tak wiedziała co ją spotka i dlatego zachowała zimną krew (jeśli w takiej sytuacji można tak to nazwać...) i do końca nie zdradziła jego kryjówki, mając nadzieję, że przynajmniej jemu uda się uciec przez klanem Di Lauro.
Gelsomina zabita została 21 listopada 2004 roku trzema strzałami w kark. Aby zatrzeć ślady, oprawcy ukryli zwłoki dziewczyny w jej samochodzie i podpalili w Secondigliano- jednej z najbardziej opanowanych przez mafię dzielnic Neapolu. Przez policję Gelsomina uznana została za 114-stą ofiarę Camorry od początku roku 2004.
W związku z dokonanym morderstwem, wkrótce zatrzymany został Pietro Esposito, jeden z żołnierzy Di Lauro. Esposito, który najwyraźniej przestraszył się, iż spędzi całe życie w więzieniu, szybko współpracować zaczął z policją i wydał im większość swoich kolegów. Czy było to dla niego dobre posunięcie? Tego już tylko można się domyślać, ale sama nie wiem co lepsze- spędzić życie w więzieniu czy wydać mafijnych członków organizacji. ;)
Tak czy siak, policja dość szybko schwytała Lello Amato oraz innych 150 członków Camorry.

Życia Gelsominie to niestety nie zwróciło. Wiadomo, iż jej zabójstwo było jednym z najmniej honorowych jakich można dopuścić się w Camorrze. "Nie wypada" mordować niewinnych kobiet i dzieci. Historia 22-sto latki do tej pory jest dość popularna we Włoszech, zwłaszcza tych południowych, gdzie chyba każdy choć raz słyszał o tym co ją spotkało.
Niestety wciąż pamiętać trzeba, iż takich mafijnych, przypadkowych, niewinnych ofiar w Neapolu i jego okolicach jest dużo. Wystarczy chociażby cofnąć się do roku 2016... Ale dobrze, nie będę już mieszać spraw. :)
Dajcie znać czy podobają wam się takie wpisy i czy chcecie więcej! :)

czwartek, 20 lipca 2017

#166 Włochy- piękne miejsca cz.13

Witajcie kochani!
Zdawać by się mogło, iż moja seria o pięknych włoskich miejscach zaczęła umierać śmiercią naturalną, ale spokojnie! Jestem tutaj i właśnie zabieram się za kolejny wpis, w którym zabiorę was w kolejne wyjątkowe miejsce. Swoją drogą w poniedziałek wyjeżdżam na urlop. Taaaak w końcu wyjeżdżam nawet jeśli wciąż to do mnie nie dociera. Nie będzie mnie tutaj niby 15 dni, ale nie zostawię was z niczym. Na pewno coś przygotuję i opublikuję w formie wpisu automatycznego. Tych, którzy chcą być ze mną na bieżąco zapraszam na instagram- Skyeenika. Jeśli mnie obserwujecie, napiszcie mi to koniecznie w komentarzu pod postem, bo czasem zdarza mi się przegapić dodającą mnie osobę, a też chciałabym być z wami na bieżąco. :)

Wracając jednak do posta... Dziś zabieram was do pięknego i mało turystycznego Diano Castello położonego w Ligurii tuż przy francuskiej granicy. Nie wiem czy 4 zdjęcia dadzą radę przekonać was do jego wyjątkowości, ale ja tak już mam- często zapominam robić zdjęcia i chłonę wszystko co mnie otacza, szeroko otwartymi oczami i umysłem. Może to i lepsza opcja? Zdjęcia są cudowną pamiątką, ale to co przeżywamy w danym momencie jest za to niepowtarzalnym darem. Nie dajmy sobie tego odebrać przez telefony, aparaty i szybkie łącze internetowe!

Diano Castello swoją historią sięga X wieku kiedy to nazywane było Castrum Diani. Dzielnie broniło się między innymi przed najazdami Saracenów, a w późniejszych wiekach było miastem Republiki Liguryjskiej. W Diano Castello generalnie znajdziemy to co w większości małych, włoskich miasteczek. Zabytkowe kościoły, pozostałości murów obronnych... Ale czyż właśnie to nie jest najpiękniejsze? Ja uwielbiam takie niewielkie miasteczka, w których czas jakby stanął w miejscu i w które nie dociera zbyt wielu turystów. Czasem dobrze po prostu trafić w jakieś miejsce palcem na mapie i bez zastanowienia tam jechać. Gwarantuję wam, że w każdym włoskim miasteczku znajdziecie to "coś" i na pewno nie będziecie rozczarowani.





Byliście kiedyś w Ligurii? A może planujecie?

piątek, 14 lipca 2017

#165 A może by tak zamieszkać w Rzymie lub Wenecji?

Witajcie moi mili! :)
Tytuł z pewnością nie jest przypadkowy. Zestawiłam ze sobą dwa włoskie miasta, w których pomimo mojej najszczerszej i największej miłości do Italii, chyba nie potrafiłabym zamieszkać.
Oba miasta są piękne i wyjątkowe, prawda?
Ale czy życie w nich chociaż w najmniejszym stopniu przypominałoby bajkę?
Kiedyś opowiadałam wam o tym, że Rzym byłby jednym z pięciu miast, w których zamieszkałabym z przyjemnością więc teraz możecie poczuć się dosyć zaskoczeni. Wynika to z tego, że w moim sercu wciąż walczy Rzym zapamiętany z moich sekretnych miejsc i Rzym przeludniony, w którym trudno o spokojny oddech.

Rzym to taka włoska klasyka. Serce Włoch mimo, iż omijałam go przez wiele wiele lat nie będąc do końca pewną czy jestem gotowa na to, aby go zobaczyć. Nigdy nie wyobrażałam sobie pierwszej podróży do Rzymu w sposób w jaki robi to wielu ludzi. Nikomu nic oczywiście nie zarzucam i każdy podróżuje jak chce, ale... Nie potrafiłabym spontanicznie zakreślić Rzymu, spakować się i za kilka godzin w nim wylądować. Czułam chyba jakąś wewnętrzną potrzebę dorośnięcia do tego miasta. Krążyłam bliżej lub dalej niego i zawsze pozostawał tym miastem "na później". Chyba troszkę się bałam, że się rozczaruję, że okaże się inny niż myślałam czy widziałam w telewizji. Do Rzymu finalnie po raz pierwszy dotarłam 4 lata temu po 18 latach włoskich doświadczeń więc sami widzicie ile to czasu minęło... No i oczywiście jak to w życiu bywa, los wszystko pokrzyżował, a ja pierwsze godziny w wiecznym mieście spędziłam w fatalnym stanie. Nie mniej jednak, gdy wszystko wróciło do normy, zaczęłam odkrywać Rzym ze spokojem i wiecie co? Czułam się w nim dziwnie. Nie dziwnie w sensie, że mi się nie podobało czy, że jak najszybciej chciałam wracać... Podobało mi się i to bardzo, ale wśród tych wszelkich, wielkich zabytków, które znajdują się na rzymskich listach MUST SEE, znalazłam swoje własne i zdecydowanie spokojniejsze miejsca, które przeważyły o tym, że Rzym finalnie uznałam za wyjątkowy. Teraz, gdy piszę ten post, naprawdę brakuje mi trochę Rzymu. Chciałabym usiąść pod Fontanną Di Trevi, napić się wina z widokiem na Tyber i już o zgrozo szukam możliwości na dostanie się do Rzymu. Mimo to nie wyobrażam sobie, że mogłabym tam zamieszkać na okres dłuższy niż parę tygodni czy miesięcy. Nigdy nie mów nigdy więc gryzę się w język i przepraszam za swoje słowa. ;)
Mimo to Rzym jest dla mnie o wiele za duży. Nie potrafię w żaden możliwy sposób odnaleźć się wśród tego tłumu ludzi. Miliony mieszkańców + niezliczona ilość turystów. Włoskie miasta zawsze są nich pełne, ale Rzym najpewniej gromadzi ich najwięcej. Nie potrafiłabym swobodnie poruszać się jego ulicami. Metro budziło mój lęk. :D Mimo, iż większość włoskich miast jest głośnych, Rzym bije wszystkie pozostałe o głowę. Z drugiej jednak strony jest właśnie ten mój własny, odnaleziony Rzym... Marzenia o jeździe na Vespie niczym z "Rzymskich wakacji". Rzym, który milknie na chwilę, gdy wchodzisz do jednej z restauracji w bocznej uliczce.


Wenecja jest sprawą łatwiejszą, bo mimo, iż bardzo mi się podoba, nigdy nie zdarzyło mi się myśleć o zamieszkaniu w niej. Było to pierwsze duże miasto, które zobaczyłam we Włoszech jako 2 letnia dziewczynka więc na pewno zawsze będę mieć do niego sentyment i nawet lubię wracać do tego miasta, ale myśl, że mogłabym tam kiedykolwiek zamieszkać, zawsze jest dla mnie pewnego rodzaju abstrakcją. W Wenecji dotyka mnie jeden zasadniczy problem... Poczucie ciasnoty. Jak dla mnie w Wenecji wszędzie jest ciasno, wszędzie muszę ocierać się o ludzi, gdziekolwiek nie pójdę mam wrażenie, że stoję jedynie na skrawku niestabilnego lądu. W Wenecji brak miejsc, które odnajduję w innych dużych miastach. Nie ma miejsc sekretnych gdzie można by przystanąć, odpocząć od ludzi, poczuć się na chwilę samotnym.
Zawsze mówi się, że w Rzymie, Neapolu i właśnie w Wenecji najłatwiej o kradzież i choć pewnie to prawda to jedynie w Wenecji naprawdę się o to obawiam i w sumie tylko tam byłam świadkiem tego jak policja goniła złodzieja. Dodatkowo chyba nie mogłabym przywyknąć do mieszkania w mieście gdzie wszędzie dostawać się muszę taksówką wodną i mimo, iż kocham wodę to prawdopodobnie zbrzydłaby mi całkowicie gdybym musiała być nią otoczona z każdej strony.
Wiem też, że mieszkańcy Wenecji nie mają łatwego losu i często mówi się o tym, iż właśnie ich miasto jest jednym z najgorszych do zamieszkania na stałe. Potwierdza to także stale zmniejszająca się liczba mieszkańców, którzy uciekają poza Wenecję, gdy tylko mają ku temu sposobność. Mieszkańcy mają żal, iż ich miasto prawie całkowicie dostosowane zostało do odwiedzających je turystów. W samym mieście coraz mniej normalnych sklepów spożywczych i urzędów, a ceny posiłków w restauracjach są znacznie zawyżane.
Do tego problemy z transportem i fakt, iż Wenecja nie jest zbyt stabilnym miastem. Samo miasto stale osiada, a poziom wody z każdym rokiem rośnie.
Brakuje mi tam poczucia spokoju i miejsc, w których można by na chwilę zapomnieć o tym, że znajdujemy się w samym środku turystycznego chaosu.


A wy moglibyście odnaleźć się w którymś z tych dwóch miast?


wtorek, 11 lipca 2017

#164 Co przywieźć z Puglii, Kalabrii i Kampanii.

Witajcie kochani! :)
Już nie raz, nie dwa pisałam wam co warto kupić i przywieźć sobie z Włoch, ale tym razem moją serię podzielę na konkretne regiony.
Mam nadzieję, że nie pogniewacie się jeśli większość tych produktów jak zwykle będzie jedzeniem? :D
1. Puglia. 
Puglia jest dość sporym regionem na samym obcasie włoskiego buta. Głównym miastem jest Bari, które już przed naszą erą było dość znaczącym miastem portowym. W czasach starożytnych tereny Puglii stanowiły część Wielkiej Grecji i w niektórych, mniejszych miasteczkach wciąż mówi się po grecku. :)
Najpopularniejszą formą makaronu są tutaj Orecchiette, którego warto spróbować i/lub przywieźć sobie paczkę oryginalnego makaronu do Polski.
Poza tym obowiązkowo Bomba pugliese. Podobną lub może i taką samą można kupić także np. w Kalabrii pod nazwą Bomba calabrese, ale jeśli akurat macie bliżej do Puglii niż do Kalabrii to możecie zaopatrzyć się w pierwszą wersję. :P Bomba pugliese jest bardzo, bardzo ostrym sosem z warzyw i pestek papryki chili. Dodaje się tego niewiele do spaghetti, albo na bruschettę. Ja od jakiegoś czasu dodaję ją do wszelkich sałatek. :P
Ze słodkości koniecznie ciasteczka Cartellate, które są popularne właśnie w Puglii i Basilicata. Z nimi może być jednak trochę trudniej, bo przede wszystkim wytwarza się je na Boże Narodzenie.
Z rzeczy bardziej materialnych najpopularniejsze są ceramiki z Grottaglie, miasta słynącego tylko z jej wyrobu!
(www.laterradipuglia.it)

2. Kalabria. 
Region na samym południu kraju, z którego najszybciej i najprościej można przedostać się na Sycylię. Ojczysty region poety Enniusza (przez te studia chyba zawsze będę mieć sentyment do rzymskich poetów ahah). Jeden z mniej rozwiniętych turystycznie regionów Włoch, ale zapewniam, że warto się wybrać. :)
W Kalabrii warto spróbować Cotognata, słodkiej masy z pigwy. Podobną kupić można także w Hiszpanii i Portugalii. Obowiązkowo także N'Duja, bardzo ostra salami. Do tego różowa cebula z Tropei, która uważana jest za najlepszą włoską cebulę i faktycznie jest przepyszna, ma zupełnie inny smak. Oba te produkty kiedyś wiozłam aż do Polski więc wszystko się da. :D Popularne są też kosmetyki z bergamotki, które można przywieźć pod postacią perfum lub mydełek.

3. Kampania.
Kampania czyli region, w którego sercu znajduje się Neapol. Region uroczych nadmorskich miasteczek, Wezuwiusza oraz naprawdę najlepszej pizzy na świecie.
Z produktów, które można przewieźć, koniecznie Mozzarella di Bufala oraz słodkie Sfogliatelle. Z alkoholi Limoncello. Z Neapolu na pamiątkę przywieźć można Pulcinella czyli bardzo rozpoznawalną w Neapolu postać z commedia dell'arte, albo mandolinę, której chyba nie sposób nie kojarzyć z właśnie tym miastem. :)

Co lubicie przywozić z podróży?

piątek, 7 lipca 2017

#163 Czy Włochy to raj dla historyków sztuki?

Witajcie kochani!:)
Tak jak obiecałam, moja aktywność wraca mniej więcej do normy i już nie mogę się doczekać aż przekażę wam wszystkie materiały, które nagromadziły się przez czas mojej nieobecności. :)

Nieważne jak wiele książek człowiek przeczyta. Zawsze uważać będę, że to co odkryjemy i zobaczymy sami będzie miało największe znaczenie. Ludzie podróżują, chodzą do muzeum i odwiedzają pozostałości po starożytnych miastach właśnie dlatego, że próbują zrozumieć coś na własną rękę i sprawić, aby nie mówiły do nich jedynie słowa autora książki.

Ja od dziecka uwielbiałam odwiedzać ruiny starożytnych miast. Kiedy byłam mała bardzo lubiłam"skakać" pomiędzy pomieszczeniami i wyobrażać sobie, że tu ktoś spał, tutaj zażywał kąpiele... Była to dla mnie jedna z najciekawszych części wyjazdów. Zawsze tworzyłam w głowie historie i próbowałam odtwarzać życie starożytnych ludzi.
Wraz z wiekiem pokochałam także małe miasteczka niemalże porozrzucane pomiędzy skałami. Za każdym razem starałam się znaleźć jak najwyżej i szukałam swojego własnego punktu widokowego. Za każdym razem też szukałam w nich elementu, który uczyniłby je wyjątkowym.
Zawsze uważałam, że podróż do Włoch to największa lekcja historii i sztuki jaką można znaleźć w tej części Europy, a ich odwiedzenie to klucz do zrozumienia wszystkiego. Nigdy nie byłam specem od historii i powiązanie wszelkich wydarzeń zawsze przychodziło mi z trudem, ale to co zobaczyłam i czego dotknęłam zapamiętałam na zawsze i do wielu z tych miejsc trafiłabym ponownie nawet z zawiązanymi oczami.
We włoskich miastach i miasteczkach można spędzić wieczność. Zawsze marzyłam o siedzeniu w cieniu na jednym z krawężników na głównym placu i szkicowaniu zabytków, ale niestety talentu do malowania z pewnością nie otrzymałam. Muszą mi więc wystarczać aparat, wyobraźnia i oczy. Nie jest to wcale mało, oczywiście nie narzekam, ale jeśli w upalne popołudnia mogłabym to jeszcze narysować... Bycie artystką we włoskim mieście byłoby spełnieniem marzeń, bo czyż istnieje lepsze miejsce dla historyka, historyka sztuki, malarza, rzeźbiarza niż Włochy?
Można czytać wiele, ale tylko to co zobaczymy na własne oczy może nas kształtować.
Zwiedzać, oglądać, dotykać, pytać, chłonąć, a historia i sztuka same z siebie zostaną naszymi przyjaciółmi.



Co wy myślicie na ten temat? :)

wtorek, 4 lipca 2017

#162 O włoskich urywkach z życia słów kilka cz.3.

Kiedy byłam mała i jeździliśmy nocą po Włoszech, często opowiadaliśmy sobie w samochodzie straszne historie. Przyciskałam twarz do szyby i wypatrywałam w mroku wszystkich przeraźliwych stworzeń, o których była mowa. Wierzyłam w porywające dzieci strzygi zamieszkujące w lesie i polujące na bezbronne ofiary wampiry. Kochałam straszne historie i zawsze się ich domagałam. Od dziecka uwielbiałam tworzyć w głowie niekończące się opowiadania, myślę, że już wtedy to wszystko się zaczęło. Pamiętam jak któregoś z czerwcowych dni jechaliśmy do Puglii i zastała nas noc. To nie były czasy bezproblemowego internetu, GPS i przesyłania informacji z szybkością światła. Jeśli chciałeś coś wiedzieć musiałeś biegle posługiwać się papierową mapą lub bez końca prosić napotkanych ludzi o pomoc.
Stało się.
Pomyliliśmy drogi i zamiast jechać ekskluzywną autostradą, rozpoczęliśmy niekończącą się podróż wąską, choć niby dwukierunkową ulicą wijącą się na sporej wysokości po krętych zboczach gór. Pamiętam tą podróż doskonale, bo wszyscy baliśmy się wtedy bardziej niż podczas opowiadania niestworzonych historii. Samochody z naprzeciwka jechały szybko i oślepiały nas światłami choć ta ich prędkość w każdej chwili mogła okazać się zabójcza, bo poruszali się niemalże dotykając kołami przepaści, która nie była zabezpieczona żadną barierką. Mój tata żartował, żeby poprawić nasze humory" przynajmniej jedziemy od strony skały, a nie przepaści." Całą drogę można było jedynie liczyć krzyże i upamiętniające tabliczki. Nieskończona ilość ludzi zginęła tam co ani trochę nie mogło nas pocieszyć. Naprawdę, ta droga ciągnęła się przez kilka godzin mimo, iż policja, którą pytaliśmy o drogę, zapewniała nas, że mamy do celu mniej niż 10 minut.
Puglia była cudowna. Głównie dlatego, że na całe szczęście nie wylądowaliśmy w jedynym z wielkich, puglijskich miast, które jak wiadomo nie cieszą się zbyt dobrą sławą. Mieszkaliśmy w lesie, w jednym z trzech domków na samym szczycie. Cisza, która tam panowała była ciszą absolutną, jedną z tych, które trudno odtworzyć. Leniwe popołudnia przerywał jedynie mój pierwszy włoski kolega. Zawsze patrząc na naszą roześmianą fotografię, zastanawiać się będę gdzie znajduje się w tym momencie.
Wieczory zawsze były gorące i spędzane na tarasie przed domem. Często wtedy rysowałam lub szukałam w mroku stworzeń, które raz po raz stawały się bohaterami kolejnych opowieści.
Poranki spędzaliśmy na plaży, ale zawsze jadłam śniadanie na tyle długo by uciekły wszystkie autobusy więc zazwyczaj szliśmy 3 km w dół i 3 km w górę.
Spacerowałam po wysokich klifach, łapałam morskie zwierzątka i oglądałam setki puglijskich miasteczek. W drodze na plaże zawsze dostawałam od miłego pana sprzedającego owoce darmowe śliwki. Czerwcowa i lipcowa Puglia bywa niebezpieczna. Temperatura czasem dobija do 40 stopni i wszystko wkoło się pali. Ogromny pożar wybuch ostatniego dnia naszego pobytu. Zamykali wszystkie drogi. Jechaliśmy wtedy jak najszybciej, a na poboczu paliło się wszystko. Zupełnie jakbyś jechał w korytarzu ognia...
Nie zapomina się smaków dziecięcych wakacji i chyba wspomnień o nich szuka się przez całe dalsze życie.
Gdzie byliście podczas wakacji 2000?