wtorek, 15 sierpnia 2017

#171 Różnice między Portugalią, a Włochami.

Witajcie moi kochani!
No dobrze... Tytuł może wam się wydać trochę zabawny i być może już teraz zastanawiacie się czemu zdecydowałam się na taki post. Ja wiem, naprawdę wiem, że między każdym z krajów dostrzec można szereg różnic i niczym wyjątkowym jest ich wytykanie, ale pomysł na tego typu notkę pojawił się w mojej głowie jeszcze podczas moich wakacji, gdzieś w drodze na Cabo da Roca więc mam nadzieję, iż do mojej listy różnic podejdziecie z uśmiechem. :)


1. Skrzynki pocztowe i znaczki pocztowe.
To była pierwsza rzecz po przyjeździe do Portugalii, która naprawdę mnie zaskoczyła. Przyzwyczajona byłam, iż we Włoszech skrzynki pocztowe znajdują się na każdym kroku. Dosłownie chodzisz po miastach, miasteczkach i co i rusz natykasz się na skrzynki. Znaczki kupić można w specjalnych kioskach lub na poczcie i pomyśleć, że ja przez całe życie uważałam, że to, iż muszę iść po znaczek do specjalnego kiosku jest ogromnym utrudnieniem!
W Portugalii jedna ogromna skrzynka podzielona na kilka części (Portugalia, Hiszpania, inne kraje ecc...) znajduje się JEDYNIE przy poczcie. Znaczki kupić można za to, albo na poczcie (czyli generalnie tak jak i we Włoszech czy Polsce), albo w specjalnym automacie przy poczcie, który oszukał mnie 2 na 3 razy "wchłaniając" wszystkie pieniądze i nie dając nic w zamian.
Podsumowując więc- We Włoszech zdecydowanie łatwiej i szybciej jest wysłać list bądź kartkę.

2. Brak dubbingu.
Jeśli jeszcze nie wiecie- Włosi są mistrzami dubbingu. Dubbingują każdy możliwy film i czasami tak myślę, że co poniektórzy pewnie nigdy nie słyszeli nawet oryginalnego głosu zagranicznego aktora. :P
W Portugalii sprawa wygląda zupełnie inaczej! Byłam bardzo zdziwiona, ale każdy zagraniczny film w telewizji emitowany jest w języku oryginalnym i opatrzony jedynie portugalskimi napisami. Powiem wam, że w sumie to świetna sprawa, bo Portugalczycy cały czas mają kontakt z językami obcymi.

3. Kultura.
Nazwałam ten punkt bardzo ogólnie więc już tłumaczę o co chodzi zanim pomyślicie, że chcę tutaj kogokolwiek posądzać o brak kultury samej w sobie. Chodzi mi mniej więcej o to, iż z moich obserwacji wynika, że Portugalczycy jeżdżą bardzo wolno i spokojnie. Chyba normą jest, że w Lizbonie każdy wychodzi na ulicę jak i kiedy chce (co tam, że jest czerwone...), a samochody hamują i bez złości każdego przepuszczają. Byłam naprawdę pozytywnie zaskoczona ich kulturą jazdy.
Do tego dochodzi czystość miast. Na ulicach prawie zero śmieci, w parkach nawet późną porą nie widuje się śpiących bezdomnych jak to jest niestety w wielu włoskich miastach. Generalnie odniosłam wrażenie, że portugalskie miasta są o wiele czyściejsze, a kierowy bardziej zdyscyplinowani.


4. Ocean.
Tutaj możecie się troszkę śmiać, ale gdy weszłam do Atlantyku ze strony Lizbony myślałam, że zaraz zatrzyma mi się krążenie. Woda była LODOWATA, a ja byłam pewna, że właśnie taki jest ocean bez względu na to w jakie miejsce pojadę. Gdy dojechaliśmy do Algarve, weszłam do wody i po prostu aż mnie zatkało! Woda była o wiele cieplejsza niż chociażby włoski Adriatyk. Tego naprawdę się nie spodziewałam.


5. Jedzenie.
Jadąc do Portugalii tak naprawdę nie wiedziałam jak wygląda ich kuchnia. Spodziewałam się, że będą to ryby, ryby, więcej ryb... Ale liczyłam też na jakieś potrawy z makaronem czy ryżem... A tu lipa! Portugalczycy jedzą chyba same ryby i steki, a mój biedny żołądek już po tygodniu prawie się skurczył z braku makaronu i takim to sposobem przez kolejny tydzień kolacje jadałam tylko we włoskiej knajpie. <3 Żeby nie było, obiady nadal jadałam po portugalsku!
Zdziwiło mnie także to, iż Portugalczycy używają nieprawdopodobnych ilości oliwy. Wręcz "topią" swoje potrawy w oliwie. Myślałam, że to Włosi używają jej aż nad to, a tutaj okazało się, że moje wcześniejsze założenia były całkowicie błędne. :)


Mogłabym takich różnic znaleźć jeszcze chociaż kilka (np. to, że większość Portugalczyków posługuje się doskonałym angielskim co zdecydowanie mnie zdziwiło, albo to, że transport miejski jest o wiele droższy niż w Italii, albo to, że mają jeszcze większą obsesje na punkcie muzyki niż przeciętny Włoch!), ale są to różnice dość delikatne. W sensie, nie chce generalizować, że ci mówią lepiej w danym języku, a ci gorzej, bo większość takich małych różnic zależnych jest od konkretnego regionu, konkretnych ludzi.. Nie mniej jednak, 5 powyższych różnic to te, które wydały mi się najciekawsze i te, które od razu przyszły mi do głowy już podczas mojej podróży.

Dajcie mi znać czy podoba wam się taka notka!
Buziaki i do usłyszenia. :)








czwartek, 3 sierpnia 2017

#170 Najpiękniejsze włoskie słowa cz.2.

Witajcie kochani! :)
Prawie rok temu napisałam dla was posta z wybranymi przeze mnie najpiękniejszymi, włoskimi słowami i post ten do tej pory cieszy się ogromną popularnością (wręcz jest to najpopularniejszy post na całym moim blogu:))., dlatego postanowiłam zrobić dla was małą aktualizację i dodać kolejnych kilka słów, które zawsze bardzo mi się podobały i podobają i z pewnością znajdują się w czołówce moich ulubionych.

1. Capolavoro- Słowo, które oznacza arcydzieło, dzieło życia. Często przeze mnie używane. Czasem coś tam sobie narysuję co w ogóle nie przypomina tego co miało przypominać (witamy antytalent plastyczny:)) i śmieję się z przyjaciółmi mówiąc im, że właśnie stworzyłam swoje capolavoro, ah! Można ten wyraz też łatwo rozłożyć na części. Capo- coś głównego, ważnego, szef, lavoro- praca.

2. Portafortuna- Także z tym słówkiem mam miłe wspomnienia i skojarzenia. Oznacza ono coś co przynosi szczęście typu talizman, amulet.

3. Solletico- uwielbiam brzmienie tego słowa i już na samą myśl o nim mam uśmiech na twarzy. :) Solletico oznacza nic innego jak łaskotki!

4. Speranza- nie jest to zbyt wyszukane słowo, ale ma w sobie to coś co sprawia, że je uwielbiam. Samo brzmienie tego słowa sprawia, że robi mi się tak jakoś lekko na duchu. Może nie chodzi tutaj więc o samo słowo jak o jego znaczenie. Speranza oznacza nadzieję. Piękne słowo, prawda?

5. Tramonto- zachód słońca. Od razu człowiek jakiś taki... rozmarzony?;) W sumie kto nie lubi patrzeć na znikające malowniczo za horyzontem słońce? Tutaj bardzo lubię także "Ci sono tramonti che non tramontano mai"- są zachody słońca, które nigdy nie zachodzą.

Jestem pewna, że każdy z was zna choć jedno włoskie słówko więc co dodalibyście do mojej listy? :)

poniedziałek, 31 lipca 2017

#169 Co przywieźć z Molise, Abruzzo i Lazio.

Witajcie kochani w kolejnym przydatnym dla was (a przynajmniej taką mam nadzieję!) poście.
Jak widzicie wybrałam 3 kolejne regiony, które postaram wam się choć trochę przybliżyć pod kontem tego co możecie tam nabyć i z czym koniecznie wrócić do domu.

1. Molise.
Zastanawiam się co sensownego można powiedzieć o tym regionie. Molise jest naprawdę malutkie i zdaje mi się, że wyjątkowo słabo rozwinięte turystycznie. Nie słyszałam nigdy, aby ktoś podróżujący chociażby z Polski, za docelowy punkt swojej wycieczki stawiał Molise. A być może to błąd? Bo Molise choć małe, pełne jest ciekawych miast i wioseczek.
Jeśli szukacie czegoś naprawdę oryginalnego to zdecydowanie z Molise opłaca się przywieść Zampogne czyli dudy, które produkowane są w tej okolicy. Poza tym także ceramikę, z której słynie główne miasto regionu czyli Campobasso. Campobasso swoją drogą słynie także z dzwonów produkowanych z brązu, ale o kupowanie brązowego dzwona jako pamiątkę, nikogo nie podejrzewam. :P

2. Abruzzo.
Abruzzo jest jednym z moich ulubionych regionów, związanym nieodłącznie z moim dzieciństwem i pięknymi wspomnieniami. Abruzzo polecam zwiedzać samochodem, ponieważ do najpiękniejszych miejsc nie dojedziecie pociągiem!
Abruzzo słynie z rzemiosła więc wszelkie rzeczy typu paski skórzane, biżuteria, będą fajnym pomysłem na prezent. Dodatkowo także wyroby wiklinowe i te z kamienia, z którego słyną głównie okolice Majella.
Jeśli chodzi o moje ukochane jedzenie to między innymi szafran z L'Aquila, czarne trufle, Ferratelle, które przypominają nieco nasze wafle.
http://www.inabruzzo.it/

3. Lazio.
Z pewnością jeden z popularniejszych regionów, bo przecież to w nim znajduje się Rzym- stolica kraju. Zastanawia mnie co prawda jak wielu ludzi zwiedza cały region, a nie tylko Romę, ale trudno, nie będziemy się teraz nad tym głowić. ;)
Powiem wam mało oryginalnie, iż w Rzymie i okolicach nie ma specjalnie niczego zapierającego dech w piersiach do nabycia (albo tylko mi się tak wydaje). Oczywiście uwielbiane przeze mnie figurki z koloseum czy Bazyliką, kalendarze z widokami z miasta czy magnesy na lodówkę, ale to można kupić niemalże wszędzie. Jeśli miałabym kupować coś do jedzonka z tych okolic to może oryginalny ser Pecorino Romano.

Byliście w którymś z tych regionów? Co przywieźliście? :)

czwartek, 27 lipca 2017

#168 Mozzarella in carrozza.

Witajcie moi mili! :)
Dziś mam dla was przepis na mój zdecydowany kuchenny hit. Uwielbiam włoską kuchnię (co pewnie nie jest zaskoczeniem dla nikogo kto mnie czyta:)), a co za tym idzie także włoskie przekąski. Zawsze są pyszne i co najważniejsze, bardzo łatwe i szybkie to przygotowania.
Mam nadzieję, że poniższy przepis przypadnie wam do gustu i zdecydujecie się przygotować taką drobną przekąskę we własnych domach. Dajcie mi znać koniecznie czy wam smakowało!

Składniki na 4 tosty:
- 8 kromek tostowego chleba
- opakowanie mozzarelli (przy opcji 3-4 tosty.)
- 100 ml mleka
- 3 jajka
- oliwa
- przyprawy
- możecie też dodać szynkę
Przygotowanie:
Kromki kroimy na pół i maczamy jedną stroną w mleku. Na mokrej stronie kładziemy mozzarellę  (i szynkę) i przykrywamy drugą częścią kromki. Całość obtaczamy w roztrzepanym jajku z przyprawami. W między czasie rozgrzewamy oliwę na patelni i gdy będzie nagrzana, kładziemy nasze tosty. Smażymy z obu stron aż ser się rozpuści, a chlebek będzie rumiany.
Pyszności!

Smacznego moi drodzy <3 Lubicie takie przekąski?

sobota, 22 lipca 2017

#167 Włochy kryminalnie.

Dzień dobry kochani! :)
Wiem, że podobała wam się ta krótka seria i dlatego od jakiegoś czasu zbierałam się, żeby napisać nowy wpis, kontynuację poprzedniej części, która pojawiła się dawno temu (KLIK), ale wciąż brakowało mi weny (a może i czasu, bo zebranie wszystkich ważnych informacji nie jest wbrew pozorom takim szybciutkim procesem).
Dziś mam dla was przerażającą i tragiczną historię Gelsominy Verde, która kilka lat temu stała się ofiarą Camorry. Jej historia była też inspiracją dla twórców serialu Gomorra, którzy wykorzystali ją pod postacią 15sto letniej Manu, która także była przetrzymywana i torturowana przez jednego z głównych mafiozów, a potem brutalnie zamordowana i spalona.

O tym, że w organizacjach mafijnych często dochodzi do rozłamów i walk o przejęcie władzy chyba nikomu nie muszę wspominać. Tak też działo się w 2004 roku w Neapolu i jego okolicach. Pod nieobecność bossa Paolo di Lauro, jego 31 letni syn Cosimo rozpętał wojnę, na której tragiczne skutki nie trzeba było długo czekać. Do zaostrzenia konfliktu doszło wraz z powrotem z Hiszpanii jednego z głównych mafiozów Lello Amato. Od Cosima odsunęli się starsi członkowie Camorry, którzy obawiali się, iż wkrótce Cosimo wszystkich ich i tak zastąpi swoimi młodszymi kolegami. Konflikt między tymi, którzy pozostali z Cosimem, a tymi potocznie nazywanymi "Hiszpanami" czyli ludźmi Lello Amato, stale narastał i trwał przez kilka, długich miesięcy. W tym czasie w Neapolu i jego najbliższych okolicach zamordowanych zostało ponad 50 osób, w czym znaczna ilość przypadkowych, niewinnych ofiar. Sławną była masakra, do której doszło w centrum miasta na jednej z głównych ulic. Mafijni żołnierze strzelali do tłumu przemieszczając się na skuterze. Zginął wtedy przypadkowy, młody chłopak. Zabitych przez przypadek (okropnie to brzmi) zostało także dwóch chłopców grających w piłkarzyki. Także 14 sto latka, którą posłużono się jako żywą tarczą... Takich tragicznych historii ulice Neapolu znają wiele.

Wracając jednak do sprawy samej Gelsominy...
22 letnia Gelsomina przez pewien czas spotykała się z Gennaro, który był członkiem klanu "Hiszpanów". Para jednak wkrótce rozstała się i utrzymywała jedynie sporadyczny kontakt. Pojawiły się jednak plotki, iż jednej z nocy Gelsomina widziana była wraz z Gennaro podczas przejażdżki na skuterze podczas, której rzekomo mocno go przytulała.
Wkrótce po tym, zwabiona podstępem Gelsomina, została porwana przez ludzi z klanu Di Lauro, którzy próbowali wyciągnąć od niej informacje na temat miejsca pobytu Gennaro.
Młoda dziewczyna była torturowana i dotkliwie bita przez wiele godzin. Nie odpowiedziała jednak na pytanie gdzie znajduje się jej były narzeczony. Spekulowano, iż najprawdopodobniej sama nie znała miejsca jego pobytu, albo najzwyczajniej w świecie i tak wiedziała co ją spotka i dlatego zachowała zimną krew (jeśli w takiej sytuacji można tak to nazwać...) i do końca nie zdradziła jego kryjówki, mając nadzieję, że przynajmniej jemu uda się uciec przez klanem Di Lauro.
Gelsomina zabita została 21 listopada 2004 roku trzema strzałami w kark. Aby zatrzeć ślady, oprawcy ukryli zwłoki dziewczyny w jej samochodzie i podpalili w Secondigliano- jednej z najbardziej opanowanych przez mafię dzielnic Neapolu. Przez policję Gelsomina uznana została za 114-stą ofiarę Camorry od początku roku 2004.
W związku z dokonanym morderstwem, wkrótce zatrzymany został Pietro Esposito, jeden z żołnierzy Di Lauro. Esposito, który najwyraźniej przestraszył się, iż spędzi całe życie w więzieniu, szybko współpracować zaczął z policją i wydał im większość swoich kolegów. Czy było to dla niego dobre posunięcie? Tego już tylko można się domyślać, ale sama nie wiem co lepsze- spędzić życie w więzieniu czy wydać mafijnych członków organizacji. ;)
Tak czy siak, policja dość szybko schwytała Lello Amato oraz innych 150 członków Camorry.

Życia Gelsominie to niestety nie zwróciło. Wiadomo, iż jej zabójstwo było jednym z najmniej honorowych jakich można dopuścić się w Camorrze. "Nie wypada" mordować niewinnych kobiet i dzieci. Historia 22-sto latki do tej pory jest dość popularna we Włoszech, zwłaszcza tych południowych, gdzie chyba każdy choć raz słyszał o tym co ją spotkało.
Niestety wciąż pamiętać trzeba, iż takich mafijnych, przypadkowych, niewinnych ofiar w Neapolu i jego okolicach jest dużo. Wystarczy chociażby cofnąć się do roku 2016... Ale dobrze, nie będę już mieszać spraw. :)
Dajcie znać czy podobają wam się takie wpisy i czy chcecie więcej! :)

czwartek, 20 lipca 2017

#166 Włochy- piękne miejsca cz.13

Witajcie kochani!
Zdawać by się mogło, iż moja seria o pięknych włoskich miejscach zaczęła umierać śmiercią naturalną, ale spokojnie! Jestem tutaj i właśnie zabieram się za kolejny wpis, w którym zabiorę was w kolejne wyjątkowe miejsce. Swoją drogą w poniedziałek wyjeżdżam na urlop. Taaaak w końcu wyjeżdżam nawet jeśli wciąż to do mnie nie dociera. Nie będzie mnie tutaj niby 15 dni, ale nie zostawię was z niczym. Na pewno coś przygotuję i opublikuję w formie wpisu automatycznego. Tych, którzy chcą być ze mną na bieżąco zapraszam na instagram- Skyeenika. Jeśli mnie obserwujecie, napiszcie mi to koniecznie w komentarzu pod postem, bo czasem zdarza mi się przegapić dodającą mnie osobę, a też chciałabym być z wami na bieżąco. :)

Wracając jednak do posta... Dziś zabieram was do pięknego i mało turystycznego Diano Castello położonego w Ligurii tuż przy francuskiej granicy. Nie wiem czy 4 zdjęcia dadzą radę przekonać was do jego wyjątkowości, ale ja tak już mam- często zapominam robić zdjęcia i chłonę wszystko co mnie otacza, szeroko otwartymi oczami i umysłem. Może to i lepsza opcja? Zdjęcia są cudowną pamiątką, ale to co przeżywamy w danym momencie jest za to niepowtarzalnym darem. Nie dajmy sobie tego odebrać przez telefony, aparaty i szybkie łącze internetowe!

Diano Castello swoją historią sięga X wieku kiedy to nazywane było Castrum Diani. Dzielnie broniło się między innymi przed najazdami Saracenów, a w późniejszych wiekach było miastem Republiki Liguryjskiej. W Diano Castello generalnie znajdziemy to co w większości małych, włoskich miasteczek. Zabytkowe kościoły, pozostałości murów obronnych... Ale czyż właśnie to nie jest najpiękniejsze? Ja uwielbiam takie niewielkie miasteczka, w których czas jakby stanął w miejscu i w które nie dociera zbyt wielu turystów. Czasem dobrze po prostu trafić w jakieś miejsce palcem na mapie i bez zastanowienia tam jechać. Gwarantuję wam, że w każdym włoskim miasteczku znajdziecie to "coś" i na pewno nie będziecie rozczarowani.





Byliście kiedyś w Ligurii? A może planujecie?

piątek, 14 lipca 2017

#165 A może by tak zamieszkać w Rzymie lub Wenecji?

Witajcie moi mili! :)
Tytuł z pewnością nie jest przypadkowy. Zestawiłam ze sobą dwa włoskie miasta, w których pomimo mojej najszczerszej i największej miłości do Italii, chyba nie potrafiłabym zamieszkać.
Oba miasta są piękne i wyjątkowe, prawda?
Ale czy życie w nich chociaż w najmniejszym stopniu przypominałoby bajkę?
Kiedyś opowiadałam wam o tym, że Rzym byłby jednym z pięciu miast, w których zamieszkałabym z przyjemnością więc teraz możecie poczuć się dosyć zaskoczeni. Wynika to z tego, że w moim sercu wciąż walczy Rzym zapamiętany z moich sekretnych miejsc i Rzym przeludniony, w którym trudno o spokojny oddech.

Rzym to taka włoska klasyka. Serce Włoch mimo, iż omijałam go przez wiele wiele lat nie będąc do końca pewną czy jestem gotowa na to, aby go zobaczyć. Nigdy nie wyobrażałam sobie pierwszej podróży do Rzymu w sposób w jaki robi to wielu ludzi. Nikomu nic oczywiście nie zarzucam i każdy podróżuje jak chce, ale... Nie potrafiłabym spontanicznie zakreślić Rzymu, spakować się i za kilka godzin w nim wylądować. Czułam chyba jakąś wewnętrzną potrzebę dorośnięcia do tego miasta. Krążyłam bliżej lub dalej niego i zawsze pozostawał tym miastem "na później". Chyba troszkę się bałam, że się rozczaruję, że okaże się inny niż myślałam czy widziałam w telewizji. Do Rzymu finalnie po raz pierwszy dotarłam 4 lata temu po 18 latach włoskich doświadczeń więc sami widzicie ile to czasu minęło... No i oczywiście jak to w życiu bywa, los wszystko pokrzyżował, a ja pierwsze godziny w wiecznym mieście spędziłam w fatalnym stanie. Nie mniej jednak, gdy wszystko wróciło do normy, zaczęłam odkrywać Rzym ze spokojem i wiecie co? Czułam się w nim dziwnie. Nie dziwnie w sensie, że mi się nie podobało czy, że jak najszybciej chciałam wracać... Podobało mi się i to bardzo, ale wśród tych wszelkich, wielkich zabytków, które znajdują się na rzymskich listach MUST SEE, znalazłam swoje własne i zdecydowanie spokojniejsze miejsca, które przeważyły o tym, że Rzym finalnie uznałam za wyjątkowy. Teraz, gdy piszę ten post, naprawdę brakuje mi trochę Rzymu. Chciałabym usiąść pod Fontanną Di Trevi, napić się wina z widokiem na Tyber i już o zgrozo szukam możliwości na dostanie się do Rzymu. Mimo to nie wyobrażam sobie, że mogłabym tam zamieszkać na okres dłuższy niż parę tygodni czy miesięcy. Nigdy nie mów nigdy więc gryzę się w język i przepraszam za swoje słowa. ;)
Mimo to Rzym jest dla mnie o wiele za duży. Nie potrafię w żaden możliwy sposób odnaleźć się wśród tego tłumu ludzi. Miliony mieszkańców + niezliczona ilość turystów. Włoskie miasta zawsze są nich pełne, ale Rzym najpewniej gromadzi ich najwięcej. Nie potrafiłabym swobodnie poruszać się jego ulicami. Metro budziło mój lęk. :D Mimo, iż większość włoskich miast jest głośnych, Rzym bije wszystkie pozostałe o głowę. Z drugiej jednak strony jest właśnie ten mój własny, odnaleziony Rzym... Marzenia o jeździe na Vespie niczym z "Rzymskich wakacji". Rzym, który milknie na chwilę, gdy wchodzisz do jednej z restauracji w bocznej uliczce.


Wenecja jest sprawą łatwiejszą, bo mimo, iż bardzo mi się podoba, nigdy nie zdarzyło mi się myśleć o zamieszkaniu w niej. Było to pierwsze duże miasto, które zobaczyłam we Włoszech jako 2 letnia dziewczynka więc na pewno zawsze będę mieć do niego sentyment i nawet lubię wracać do tego miasta, ale myśl, że mogłabym tam kiedykolwiek zamieszkać, zawsze jest dla mnie pewnego rodzaju abstrakcją. W Wenecji dotyka mnie jeden zasadniczy problem... Poczucie ciasnoty. Jak dla mnie w Wenecji wszędzie jest ciasno, wszędzie muszę ocierać się o ludzi, gdziekolwiek nie pójdę mam wrażenie, że stoję jedynie na skrawku niestabilnego lądu. W Wenecji brak miejsc, które odnajduję w innych dużych miastach. Nie ma miejsc sekretnych gdzie można by przystanąć, odpocząć od ludzi, poczuć się na chwilę samotnym.
Zawsze mówi się, że w Rzymie, Neapolu i właśnie w Wenecji najłatwiej o kradzież i choć pewnie to prawda to jedynie w Wenecji naprawdę się o to obawiam i w sumie tylko tam byłam świadkiem tego jak policja goniła złodzieja. Dodatkowo chyba nie mogłabym przywyknąć do mieszkania w mieście gdzie wszędzie dostawać się muszę taksówką wodną i mimo, iż kocham wodę to prawdopodobnie zbrzydłaby mi całkowicie gdybym musiała być nią otoczona z każdej strony.
Wiem też, że mieszkańcy Wenecji nie mają łatwego losu i często mówi się o tym, iż właśnie ich miasto jest jednym z najgorszych do zamieszkania na stałe. Potwierdza to także stale zmniejszająca się liczba mieszkańców, którzy uciekają poza Wenecję, gdy tylko mają ku temu sposobność. Mieszkańcy mają żal, iż ich miasto prawie całkowicie dostosowane zostało do odwiedzających je turystów. W samym mieście coraz mniej normalnych sklepów spożywczych i urzędów, a ceny posiłków w restauracjach są znacznie zawyżane.
Do tego problemy z transportem i fakt, iż Wenecja nie jest zbyt stabilnym miastem. Samo miasto stale osiada, a poziom wody z każdym rokiem rośnie.
Brakuje mi tam poczucia spokoju i miejsc, w których można by na chwilę zapomnieć o tym, że znajdujemy się w samym środku turystycznego chaosu.


A wy moglibyście odnaleźć się w którymś z tych dwóch miast?


wtorek, 11 lipca 2017

#164 Co przywieźć z Puglii, Kalabrii i Kampanii.

Witajcie kochani! :)
Już nie raz, nie dwa pisałam wam co warto kupić i przywieźć sobie z Włoch, ale tym razem moją serię podzielę na konkretne regiony.
Mam nadzieję, że nie pogniewacie się jeśli większość tych produktów jak zwykle będzie jedzeniem? :D
1. Puglia. 
Puglia jest dość sporym regionem na samym obcasie włoskiego buta. Głównym miastem jest Bari, które już przed naszą erą było dość znaczącym miastem portowym. W czasach starożytnych tereny Puglii stanowiły część Wielkiej Grecji i w niektórych, mniejszych miasteczkach wciąż mówi się po grecku. :)
Najpopularniejszą formą makaronu są tutaj Orecchiette, którego warto spróbować i/lub przywieźć sobie paczkę oryginalnego makaronu do Polski.
Poza tym obowiązkowo Bomba pugliese. Podobną lub może i taką samą można kupić także np. w Kalabrii pod nazwą Bomba calabrese, ale jeśli akurat macie bliżej do Puglii niż do Kalabrii to możecie zaopatrzyć się w pierwszą wersję. :P Bomba pugliese jest bardzo, bardzo ostrym sosem z warzyw i pestek papryki chili. Dodaje się tego niewiele do spaghetti, albo na bruschettę. Ja od jakiegoś czasu dodaję ją do wszelkich sałatek. :P
Ze słodkości koniecznie ciasteczka Cartellate, które są popularne właśnie w Puglii i Basilicata. Z nimi może być jednak trochę trudniej, bo przede wszystkim wytwarza się je na Boże Narodzenie.
Z rzeczy bardziej materialnych najpopularniejsze są ceramiki z Grottaglie, miasta słynącego tylko z jej wyrobu!
(www.laterradipuglia.it)

2. Kalabria. 
Region na samym południu kraju, z którego najszybciej i najprościej można przedostać się na Sycylię. Ojczysty region poety Enniusza (przez te studia chyba zawsze będę mieć sentyment do rzymskich poetów ahah). Jeden z mniej rozwiniętych turystycznie regionów Włoch, ale zapewniam, że warto się wybrać. :)
W Kalabrii warto spróbować Cotognata, słodkiej masy z pigwy. Podobną kupić można także w Hiszpanii i Portugalii. Obowiązkowo także N'Duja, bardzo ostra salami. Do tego różowa cebula z Tropei, która uważana jest za najlepszą włoską cebulę i faktycznie jest przepyszna, ma zupełnie inny smak. Oba te produkty kiedyś wiozłam aż do Polski więc wszystko się da. :D Popularne są też kosmetyki z bergamotki, które można przywieźć pod postacią perfum lub mydełek.

3. Kampania.
Kampania czyli region, w którego sercu znajduje się Neapol. Region uroczych nadmorskich miasteczek, Wezuwiusza oraz naprawdę najlepszej pizzy na świecie.
Z produktów, które można przewieźć, koniecznie Mozzarella di Bufala oraz słodkie Sfogliatelle. Z alkoholi Limoncello. Z Neapolu na pamiątkę przywieźć można Pulcinella czyli bardzo rozpoznawalną w Neapolu postać z commedia dell'arte, albo mandolinę, której chyba nie sposób nie kojarzyć z właśnie tym miastem. :)

Co lubicie przywozić z podróży?

piątek, 7 lipca 2017

#163 Czy Włochy to raj dla historyków sztuki?

Witajcie kochani!:)
Tak jak obiecałam, moja aktywność wraca mniej więcej do normy i już nie mogę się doczekać aż przekażę wam wszystkie materiały, które nagromadziły się przez czas mojej nieobecności. :)

Nieważne jak wiele książek człowiek przeczyta. Zawsze uważać będę, że to co odkryjemy i zobaczymy sami będzie miało największe znaczenie. Ludzie podróżują, chodzą do muzeum i odwiedzają pozostałości po starożytnych miastach właśnie dlatego, że próbują zrozumieć coś na własną rękę i sprawić, aby nie mówiły do nich jedynie słowa autora książki.

Ja od dziecka uwielbiałam odwiedzać ruiny starożytnych miast. Kiedy byłam mała bardzo lubiłam"skakać" pomiędzy pomieszczeniami i wyobrażać sobie, że tu ktoś spał, tutaj zażywał kąpiele... Była to dla mnie jedna z najciekawszych części wyjazdów. Zawsze tworzyłam w głowie historie i próbowałam odtwarzać życie starożytnych ludzi.
Wraz z wiekiem pokochałam także małe miasteczka niemalże porozrzucane pomiędzy skałami. Za każdym razem starałam się znaleźć jak najwyżej i szukałam swojego własnego punktu widokowego. Za każdym razem też szukałam w nich elementu, który uczyniłby je wyjątkowym.
Zawsze uważałam, że podróż do Włoch to największa lekcja historii i sztuki jaką można znaleźć w tej części Europy, a ich odwiedzenie to klucz do zrozumienia wszystkiego. Nigdy nie byłam specem od historii i powiązanie wszelkich wydarzeń zawsze przychodziło mi z trudem, ale to co zobaczyłam i czego dotknęłam zapamiętałam na zawsze i do wielu z tych miejsc trafiłabym ponownie nawet z zawiązanymi oczami.
We włoskich miastach i miasteczkach można spędzić wieczność. Zawsze marzyłam o siedzeniu w cieniu na jednym z krawężników na głównym placu i szkicowaniu zabytków, ale niestety talentu do malowania z pewnością nie otrzymałam. Muszą mi więc wystarczać aparat, wyobraźnia i oczy. Nie jest to wcale mało, oczywiście nie narzekam, ale jeśli w upalne popołudnia mogłabym to jeszcze narysować... Bycie artystką we włoskim mieście byłoby spełnieniem marzeń, bo czyż istnieje lepsze miejsce dla historyka, historyka sztuki, malarza, rzeźbiarza niż Włochy?
Można czytać wiele, ale tylko to co zobaczymy na własne oczy może nas kształtować.
Zwiedzać, oglądać, dotykać, pytać, chłonąć, a historia i sztuka same z siebie zostaną naszymi przyjaciółmi.



Co wy myślicie na ten temat? :)

wtorek, 4 lipca 2017

#162 O włoskich urywkach z życia słów kilka cz.3.

Kiedy byłam mała i jeździliśmy nocą po Włoszech, często opowiadaliśmy sobie w samochodzie straszne historie. Przyciskałam twarz do szyby i wypatrywałam w mroku wszystkich przeraźliwych stworzeń, o których była mowa. Wierzyłam w porywające dzieci strzygi zamieszkujące w lesie i polujące na bezbronne ofiary wampiry. Kochałam straszne historie i zawsze się ich domagałam. Od dziecka uwielbiałam tworzyć w głowie niekończące się opowiadania, myślę, że już wtedy to wszystko się zaczęło. Pamiętam jak któregoś z czerwcowych dni jechaliśmy do Puglii i zastała nas noc. To nie były czasy bezproblemowego internetu, GPS i przesyłania informacji z szybkością światła. Jeśli chciałeś coś wiedzieć musiałeś biegle posługiwać się papierową mapą lub bez końca prosić napotkanych ludzi o pomoc.
Stało się.
Pomyliliśmy drogi i zamiast jechać ekskluzywną autostradą, rozpoczęliśmy niekończącą się podróż wąską, choć niby dwukierunkową ulicą wijącą się na sporej wysokości po krętych zboczach gór. Pamiętam tą podróż doskonale, bo wszyscy baliśmy się wtedy bardziej niż podczas opowiadania niestworzonych historii. Samochody z naprzeciwka jechały szybko i oślepiały nas światłami choć ta ich prędkość w każdej chwili mogła okazać się zabójcza, bo poruszali się niemalże dotykając kołami przepaści, która nie była zabezpieczona żadną barierką. Mój tata żartował, żeby poprawić nasze humory" przynajmniej jedziemy od strony skały, a nie przepaści." Całą drogę można było jedynie liczyć krzyże i upamiętniające tabliczki. Nieskończona ilość ludzi zginęła tam co ani trochę nie mogło nas pocieszyć. Naprawdę, ta droga ciągnęła się przez kilka godzin mimo, iż policja, którą pytaliśmy o drogę, zapewniała nas, że mamy do celu mniej niż 10 minut.
Puglia była cudowna. Głównie dlatego, że na całe szczęście nie wylądowaliśmy w jedynym z wielkich, puglijskich miast, które jak wiadomo nie cieszą się zbyt dobrą sławą. Mieszkaliśmy w lesie, w jednym z trzech domków na samym szczycie. Cisza, która tam panowała była ciszą absolutną, jedną z tych, które trudno odtworzyć. Leniwe popołudnia przerywał jedynie mój pierwszy włoski kolega. Zawsze patrząc na naszą roześmianą fotografię, zastanawiać się będę gdzie znajduje się w tym momencie.
Wieczory zawsze były gorące i spędzane na tarasie przed domem. Często wtedy rysowałam lub szukałam w mroku stworzeń, które raz po raz stawały się bohaterami kolejnych opowieści.
Poranki spędzaliśmy na plaży, ale zawsze jadłam śniadanie na tyle długo by uciekły wszystkie autobusy więc zazwyczaj szliśmy 3 km w dół i 3 km w górę.
Spacerowałam po wysokich klifach, łapałam morskie zwierzątka i oglądałam setki puglijskich miasteczek. W drodze na plaże zawsze dostawałam od miłego pana sprzedającego owoce darmowe śliwki. Czerwcowa i lipcowa Puglia bywa niebezpieczna. Temperatura czasem dobija do 40 stopni i wszystko wkoło się pali. Ogromny pożar wybuch ostatniego dnia naszego pobytu. Zamykali wszystkie drogi. Jechaliśmy wtedy jak najszybciej, a na poboczu paliło się wszystko. Zupełnie jakbyś jechał w korytarzu ognia...
Nie zapomina się smaków dziecięcych wakacji i chyba wspomnień o nich szuka się przez całe dalsze życie.
Gdzie byliście podczas wakacji 2000?

piątek, 30 czerwca 2017

#161 O miłości do włoskich pociągów.

Witajcie kochani!
Nie było mnie tu tak długo, że część z was na pewno już o mnie zapomniała. Nie lubię się usprawiedliwiać, ale mam nadzieję, że teraz z publikacjami będzie mi znów troszkę bardziej po drodze.
Kto z was w te wakacje wybiera się do Włoch? :)
Pytam, bo dzisiejszy wpis z pewnością może się przydać każdemu nowemu, włoskiemu podróżnikowi. ;)

Niektórzy to wiedzą inni jeszcze nie. Boję się pociągów. Gdy widzę tory ściska mnie w gardle, wchodzenie do pociągu to kolejny milowy krok... A przynajmniej tak było aż do ubiegłego roku. W Polsce z reguły nie jeżdżę pociągami głównie z tego powodu.
Ot kilka tras SKM od czasu do czasu i to na tyle. We Włoszech miałam już swoje pociągowe przygody, ale też niezbyt liczne i jakoś dlatego nie przywiązywałam się do nich emocjonalnie. Wszystko zmieniło się w tamtym roku, gdy naprawdę dużo jeździliśmy pociągiem. Pokochałam ten szybko zmieniający się za oknem krajobraz, szum torów i możliwość obserwacji innych
podróżujących.
Jak to jest więc z tymi włoskimi pociągami? Lepsze/gorsze od naszych? Jak kupić bilet i jak w ogóle zaplanować podróż?
Wszystkiego dowiecie się poniżej!

1. Oczywiście, aby jechać w podróż, najpierw trzeba wiedzieć gdzie. To nie jest taka trudna sprawa. Pomocna nam tu będzie aplikacja trenitalia, albo ich strona internetowa, której używanie jest niezwykle proste. Wystarczy wpisać skąd jedziemy i dokąd, a zaraz wyskoczy nam połączenie, przesiadki, czas i koszt podróży.
2. Zakup biletu. Bilet możemy kupić na stacji w automacie lub przez internet (aplikacja trenitalia;)) jeśli takowego automatu nie ma na stacji, bo i tak się może zdarzyć. Przez internet bilet należy kupić jednak co najmniej 40 min przed planowanym odjazdem.
3. Bilet kasujemy zanim wejdziemy do pociągu! W specjalnym kasowniku na stacji. Wkładamy go bokiem gdzie widnieje biały pasek (nie wiem jak to wyjaśnić, ale po prostu jest miejsce na nadruk) jak najbliżej lewej strony kasownika. Na bilecie zrobiona zostanie dziurka, a na białym pasku nadrukuje się kod. Bilet jest ważny 6h od skasowania.

Jeśli mamy bilety elektroniczne no to wiadomo, że ich nie kasujemy tylko pokazujemy konduktorowi, który skanuje kod tabletem i ewentualnie spyta nas o imię. Włoscy konduktorzy non stop sprawdzają bilety i zawsze wiedzą kto wsiadł do pociągu, magia!
Nie pomogą też żadne tłumaczenia jeśli jedziesz bez skasowanego biletu, a kary są... duże. Więc jeśli już naprawdę zapomnisz o skasowaniu biletu przed (nie rób tego!) leć szybko do konduktora i proś, aby skasował ci go ręcznie, bo jeśli on sam zobaczy, że go nie skasowałeś to nie będzie tak przyjemnie, bo kary jak już mówiłam... SĄ OGROMNE!
4. Zanim jednak rozsiądziemy się w pociągu warto skontrolować czy oby na pewno odjeżdża o tej godzinie co powinien i czy na pewno jesteśmy na dobrym peronie. Perony potrafią zmieniać się jak w kalejdoskopie. Najrozsądniej jest słuchać głosu informującego nas w kółko jaki numer pociągu gdzie jedzie, o której i z którego peronu (no i żeby nie przekraczać żółtej linii ;)), ale dla osób nie znających włoskiego polecam opcje z tablicą, na której także wyświetlają się numery pociągów i binario ;). Zawsze też można kogoś spytać, dobra opcja na upewnienie się.
5. Z niezbędnika włoskich pociągów warto jeszcze wiedzieć, że włoskie pociągi podzielone są na różne podkategorie, które różnią się ceną jak i prędkością. Jeśli marzy ci się podróż z Neapolu do Wenecji może okazać się, że będziesz musieć za to słono zapłacić. Lokalne pociągi przemieszczające się w obrębie jednego regionu jednak na szczęście są dość tanie. :)

Lubicie podróżować pociągami? :)

sobota, 27 maja 2017

#160 O włoskich urywkach z życia słów kilka, cz.2

Było też kolejne lato, które chciałabym zapamiętać. Byłam trochę starsza od 12 sto letniej siebie z poprzedniego posta. Miałam z pewnością 14, prawie 15 lat. Urodziny pod koniec roku zawsze sprawiają, że w wakacje znajdujesz się gdzieś po środku. Teraz już liczby straciły dla mnie znaczenie, ale, gdy byłam nastolatką to bardzo istotne było dla mnie czy pytana w wakacje o wiek powinnam dodawać sobie trochę czy raczej trochę sobie odejmować.
Tak czy inaczej, mając te 14 (prawie 15) lat spędzałam swoje pierwsze w życiu toskańskie wakacje. 15 lat jeżdżenia do Włoch zajęło mi zanim trafiłam na osławione toskańskie ziemie. Szczerze powiedziawszy wcale mi się tam nie spieszyło. Kochałam Adriatyk, szerokie, piaszczyste plaże, wieczorne sztormy, płytką wodę i biegające po dnie kraby, które co jakiś czas chwytały szczypcami za duży palec u nogi. Kochałam miejsce, w którym Abruzzo stykało się z Molise, bo podwodny świat na styku tych dwóch regionów wydawał się najpiękniejszy na świecie. Pamiętam jak kiedyś jechaliśmy 200 kilometrów w dół właśnie po to, aby ponurkować i porobić podwodne zdjęcia. Wybraliśmy jakieś super dzikie miejsce, gdzie plaża nie była normalną plażą, bo składała się z ostrych skał, ale dla mnie była idealna. Idealne miejsce do skakania do wody, do nurkowania ocierając się o podwodne skałki obrośnięte glonami. Zostawiliśmy samochód w jakimś kompletnie opuszczonym miejscu i biegliśmy w dół wzgórza po torach kolejowych. Próbowałam nie spaść i nie skręcić sobie karku. Było niesamowicie stromo. Było 40 stopni w cieniu i ziemia parzyła mnie w stopy. Zastanawiałam się dokąd prowadzą te tory. "Na pewno w jakieś magiczne miejsce"- myślałam. Wszystkie  miejsca we Włoszech są dla mnie mniej lub bardziej magiczne.
Odbiegłam całkowicie od tematu, bo od wspomnień o gorących ziemiach Toskanii, znów uciekłam o kilka lat wstecz.
Toskania po raz pierwszy miała być czymś przełomowym. Wybraliśmy małe miasteczko nad samym morzem i był to pierwszy i ostatni raz, gdy w Toskanii wylądowałam nad morzem. Na plaże nie było jednak tak super blisko. Z apartamentu szło się około 2 kilometrów, ale ja wolałam spacery od jazdy samochodem. Poza tym kto choć raz był we Włoszech w sierpniu nad morzem, doskonale wie jak trudno znaleźć miejsce parkingowe na wybrzeżu.
Jestem osobą, która zawsze wymiguje się od rozpakowywania. Zawsze tak robiłam i do tej pory sprawia mi radość życie na walizkach więc nikogo nie powinno zdziwić, że moje pierwsze kroki po przyjeździe skierowane były w stronę wielkiego tarasu, na który wyjść można było prosto z mojego pokoju. Usnęłam w pełnym słońcu i z rękoma na udach spałam tak przez kilka godzin aż obudziłam się całkiem odwodniona z niewyobrażalnym bólem głowy. Już do końca pobytu budziłam u starszych Włoszek nie małą radość. Byłam prawdziwą czerwoną atrakcją z dokładnie odciśniętymi na udach dłońmi.
Kilka razy wracaliśmy do Pizy lub w jej okolice. Magiczne choć przereklamowane miejsce. O wiele więcej radości sprawiała mi Lucca czy Siena, miasta, w których pewnie mogłabym zostać na wieczność.
Pierwsza w życiu Toskania znaczyła wiele choć tak znacznie różniła się od kolejnych wypraw w te rejony, że aż sama zastanawiam się czy ta pierwsza, toskańska wyprawa oby na pewno była prawdziwą, toskańską przygodą.
Jakie jest wasze najlepsze wakacyjne wspomnienie?

środa, 24 maja 2017

#159 Dlaczego w sierpniu lepiej unikać dużych miast?

Witajcie kochani! :)
Być może nie zaskoczę was, gdy powiem wam, że sierpień to możliwie najgorszy termin na włoskie wakacje. Zwłaszcza jeśli planujecie spędzać je w dużych miastach choć i nad morzem czy w małych miejscowościach często nie bywa lepiej.
Po pierwsze wyobrażacie sobie jaki zazwyczaj we Włoszech panuje upał w sierpniu? Już lipiec jest piekielnie gorący, ale w sierpniu temperatura zaczyna przekraczać zdrowy rozsądek i znaleźć ukojenie na placach wielkich miast nie jest tak łatwo jak może wam się wydawać.

Po drugie w miastach zostają tylko turyści i ci, którzy naprawdę nie maja wyboru. Sierpień to miesiąc urlopów i każdy choć trochę bardziej majętny lub rozsądniejszy Włoch, wyjeżdża czym prędzej poza miasto. W rzeczywistości także ci niemajętni starają się zniknąć i wyjechać chociażby na wieś.
Dużo prawdziwych restauracji i sklepów zostaje zamkniętych i pozostaje co najwyżej turystyczna masówka. W małych miasteczkach może pojawić się problem z zakupem chociażby świeżego pieczywa czy najpotrzebniejszych rzeczy. W dużych zdani jesteśmy jedynie na największe supermarkety i zatłoczone kawiarnie, które serwować będą turystyczne byle co.
Nie wspominając już nawet o kosmicznych kolejkach do każdej z turystycznych atrakcji.
Np. Skoro kolejka do weneckiej bazyliki jest kuriozalna w czerwcu lub pod koniec września to aż strach wyobrazić sobie co dzieje się tam w sierpniu. Rzym? Myślę, że zwiedzanie Rzymu w sierpniu także staje się od razu mniej przyjemne niż w ciągu pozostałych 11 miesięcy.
Problem może pojawić się także przy tankowaniu samochodu. Wiadomo, że wielkie, położone przy autostradach stacje nagle się nie zamkną, ale te mniejsze w miastach już tak.

Po trzecie, ceny naprawdę lecą w górę. Wiecie, jest to całkiem logiczne biorąc pod uwagę, że do Włoch zjeżdża się wtedy najwięcej turystów, a lokalni wyjeżdżają jak najdalej. W sumie nie znam żadnego Włocha, który na sierpień zostaje w mieście. Rosną ceny wszystkiego. Od hoteli, za które w sierpniu naprawdę można przepłacić, aż po miejsce w restauracji.

Jeśli nie macie innej możliwości to pewnie. Lepiej jechać w sierpniu niż nie jechać wcale, ale nie nastawiajcie się, że będą to super włoskie wakacje jeśli wybierzecie duże miasto. Kilkakrotnie zdarzyło mi się być we Włoszech w sierpniu, ale zawsze na jednej ze spokojnych wsi, a w dużych miastach bywałam max kilka godzin i już powoli dostawałam szału! Lepiej jednak ominąć chociaż okolice 15 sierpnia czyli Ferragosto. Wtedy przypada już kulminacja tego szaleństwa, a ceny lecą jeszcze wyżej!

Byliście kiedyś w sierpniu w Italii?:)

niedziela, 21 maja 2017

#158 Mediolan- I Navigli.

Witajcie kochani.:)
Zawsze wiedziałam, że jeśli dane mi będzie w końcu na spokojnie przemierzyć Mediolan to z pewnością wybiorę się do Navigli, najromantyczniejszego moim zdaniem miejsca w całym, wielkim Mediolanie. Dla mnie to trochę taka mała Wenecja i tak to sobie nazywam choć dla niektórych wcale nie musi być to takie trafne porównanie.:). Dodatkowo to właśnie w jednej z knajp na Navigli, do której zaprowadziła nas moja przyjaciółka, jadłam jedną z lepszych pizz we Włoszech. Nie spodziewałam się jakiegoś zaskoczenia, ale pizza była naprawdę wyśmienita. Może dlatego, że przyrządzana przez Neapolitańczyków ah. :D
Jak jednak wieczorne spacery na Navigli mają w sobie pewien magiczny klimat i nic dziwnego, że wiosenne i letnie dni przyciągają tam tak wielu zarówno mieszkańców jak i turystów.
Zobaczcie sami!





Byliście kiedyś na spacerze w Navigli? :)

czwartek, 18 maja 2017

#157 O włoskich urywkach z życia słów kilka, cz.1

Gdy myślę o szczęściu zawsze jestem tam...
Zamykam oczy by widzieć wszystko jeszcze lepiej i tak naprawdę robi mi się obojętne czy wyobrażam sobie siebie na jednej z szerokich plaż w Abruzzo czy na wyschniętych od słońca wzgórzach w Kalabrii. Kocham tam być i nie potrafię wyobrazić sobie szczerszego i czystszego uczucia. Często myślę o tych wszystkich wyprawach i próbuję przypomnieć sobie jaką radość dawały mi, gdy byłam małym dzieckiem. Pamiętam jak dziś, gdy mając 12 lat jak zwykle pakowałam się na wyjazd do Włoch i myślałam tylko o tym, że znów to poczuję. Zapach kremu przeciwsłonecznego na mocno opalonej skórze. Wyschnięte źdźbła trawy pękające po bosymi stopami, bo jako dziecko we Włoszech często biegałam na bosaka. Czy to po ostrej łące, czy to po rozgrzanym betonie. Zawsze kochałam chłonąć wszystko każdą komórką ciała. Pamiętam jak dziś, gdy mając te całe 12 lat stałam pośrodku pola w Abruzzo i patrzyłam w niebo. Pamiętam, że powiedziałam wtedy "Pierwszy raz tutaj widzę błękit zmieniający się w grafit". Niebo robiło się takie niespokojne, burzowe. Wiało i cały ten raj już za moment miał zamienić się w deszczową krainę. Tego dnia lało przez całe 15 minut. Stałam na tarasie wychylając się niebezpiecznie poza jego granice. Z tego położenia doskonale widziałam morze i walące w nie pioruny. Zawsze miałam słabość do wody. Trenowałam pływanie i do tej pory nic nie potrafi uspokoić mnie tak jak morskie fale. W ciągu 15 minut miało miejsce także potężne gradobicie. Powgniatało maski samochodów bardzo dotkliwie i widziałam rozpaczliwe miny niejednego z kierowców.
Tego lata działo się dużo magicznych rzeczy, o których tutaj nie napiszę, ale one zapisały się w mojej głowie na zawsze.
Tego lata pływałam też podczas sztormu przy czerwonej fladze, ignorując całkowicie ratownika, który finalnie wyszarpał mnie z wody ratując najpewniej tym samym moje nastoletnie życie.
Kolekcjonowałam naklejki, które dostawało się przy zakupie lodów. Cała moja rodzina musiała jeść te konkretne lody i dbać o to, aby naklejki się nie zdublowały. Czasem dostawałam darmowe porcje, bo uśmiechałam się szeroko i dukałam po włosku. Sprzedawca uśmiechał się wtedy jeszcze szerzej, uradowany najprawdopodobniej moimi staraniami i mówił "Che bella ragazzina!". Dostawałam swoją potrójną porcję lodów zamiast podwójnej.
Wracaliśmy w to miejsce kilkakrotnie i chyba, gdy myślę o największym włoskim szczęściu to właśnie to miasto widzę w swojej głowie. Miałam te 11,12,13 lat i czułam się tam wolna jak nigdzie indziej. Ja, osoba, która zgubi się wszędzie, pamiętałam wszystkie przecznice na pamięć i wszędzie chodziłam sama. Biegałam sama po plaży i czasem dochodziłam do innego miasta oddalonego o kilka kilometrów. Byłam blond 12 latką bez telefonu, dukającą ledwo po włosku, a mimo to nigdy się nie bałam. Czułam się wolna i jeszcze bardziej wolna. Znałam na pamięć położenie wszystkich moich ulubionych miejsc. Rano biegałam do ulubionego kiosku, który jak do tej pory pamiętam, znajdował się 5 ulic w prawo po wyjściu z apartamentu. Po południami biegałam po lody. Wydaje mi się, że gdybym nawet teraz znalazła się tam znów po tylu latach, które minęły... Zamknęłabym oczy i z pamięci poszła w każde utęsknione miejsce. Tyle razy planowałam tam później wrócić i zawsze lądowałam gdzie indziej. Trochę się boję. Co jeśli moje ukochane miejsca już nie istnieją? Co jeśli ten starszy pan nie prowadzi już kiosku? Czy na pewno dobrze jest zawsze wracać w miejsca, które znaczyły dla nas wiele? Czasem mi bardzo smutno, ale życie już takie jest. Niemożliwym jest wracać w każde miejsce, które widziały nasze oczy. Może dlatego to takie piękne. Magiczne. Może dlatego ja trzymam wszystko w sercu...
Rzadko kiedy z Italii wracaliśmy prosto do Polski. Po upalnych, włoskich tygodniach jechaliśmy dalej. Brakuje mi tego. Bycia dzieckiem w długiej trasie.


Dajcie znać czy podoba wam się nowa seria "o włoskich urywkach z życia słów kilka". Planuję takie szczere, pełne wspomnień posty, bo któż nie lubi czasem na nowo się rozmarzyć?

sobota, 13 maja 2017

#156 Mediolan- Duomo di Milano.

Cześć kochani! :)
Dziś zabieram was ponownie do Mediolanu. Wyczerpię materiał całkowicie i nie mam pojęcia o czym będę wam pisać po kolejnej wizycie! :D Ale spokojnie, zanim wrócę do Mediolanu na dłużej to najpewniej wyląduję w innym miejscu więc jakoś damy radę. :)
Dziś chcę pokazać wam największy symbol Mediolanu i zdaję sobie sprawę, iż najprawdopodobniej nie istnieje osoba, która nie kojarzyłaby tego miasta właśnie z Duomo i nie widziałaby go chociażby na pocztówkach czy w telewizji. Duomo zawsze mnie fascynowało. Głównie dlatego, że wciąż nie mogą pojąć jak możliwym jest stworzenie tak ogromnej budowy z zachowaniem tylu szczególików i przysięgam, że na żywo wszystko robi jeszcze większe wrażenie.
Chyba chwilami zaczynam rozumieć czemu budowa trwała tyle wieków..
Zawsze uważałam, że Mediolan to takie niewłoskie miasto i to zdanie podtrzymuję, ale gdzieś głęboko pod skórą zaczynam czuć, że może odnalazłabym się w tym zabieganym, niewłoskim mieście. Może jednak północ choć tak przeze mnie ignorowana, mogłaby stać się moim przeznaczeniem?
Dziwnie się czuję na północy Włoch. Mediolan potwierdza wszelkie moje obawy. Ludzie gdzieś biegną i już wcale nie są tacy życzliwi jak w Neapolu czy na Sycylii. Nie odwzajemniają twoich uśmiechów, nie zaczepiają cię, nie bije od nich taka południowa radość. Trochę gubię się w tych północnych centrach, czasem mi czegoś brakuje... Ale gdyby tak rzucić wszystko i patrzeć bez końca na mediolańskie Duomo? Czy potrafiłoby uspokoić mnie bardziej od szumu fal u stóp Neapolu?
Może o to chodzi.
Aby znajdować małe uspokajacze w każdym zakątku świata.
Może stając na chwilę przed Duomo, cały świat dookoła znika. Może nie ma już pędzących ludzi.








wtorek, 9 maja 2017

#155 Jak podróżować po Włoszech?

Myślę, że, aby skorzystać z wakacji trzeba robić wiele niecodziennych rzeczy. Nigdy nie mogłam zrozumieć ludzi, którzy jadą na urlop i zaszywają się w 5 gwiazdkowym hotelu gdzie tylko leżą nad basenem i piją. Tak samo jak ludzi, którzy przez cały urlop lecą gdzieś w dzikim pędzie. Nie krytykuję, każdy lubi coś innego, ale po prostu nie potrafię tego zrozumieć. No cóż.
Ja lubię podróżować po swojemu. We Włoszech czuję się jak w domu i nabieram zupełnie nowej, nie ujawnionej wcześniej energii.
Żyję pełnią życia. Tak niewiele i tak wiele zarazem. Dokładnie tak samo podróżuję- pełnią życia.
Poniżej mam dla was kilka wskazówek, które pomogą wam się odnaleźć we włoskich realiach i nadać nowego smaku waszej wyprawie.

1. Podróżuj jak Włosi.
Uwielbiam szybkie jazdy samochodem po włoskich autostradach prawie tak samo jak ocieranie lusterek w wąskich uliczkach na szczytach gór, ale na tym nie koniec. Uwielbiam podróżować jak Włosi. Rzymskie metro choć nie najpiękniejsze i niezbyt czyste było istną mieszanką kultur i zwyczajów. Pociągi mkną szybko w pięknej scenerii, a kierowcy autobusów
szaleją na zakrętach. Każdy publiczny środek transportu to pewna przygoda. Zakup biletu, znalezienie peronu, rozmowy, pytania, wątpliwości...
2. Jedz jak Włosi.
Nie oszczędzaj na wakacjach. Pytaj lokalnych mieszkańców o najlepsze restauracje lub wybieraj te, które być może nie wyglądają najciekawiej, ale pełne są śmiejących się i popijających wino ludzi. Zamów co tylko chcesz, a jako zwieńczenie zamów il vino della casa.
3. Nie spiesz się.
Jeśli zaczniesz się spieszyć we Włoszech to jesteś spalony na starcie. Nie popędzaj nikogo chyba, że chcesz, żeby wzięli cię za wariata. ;) Sam też nie leć Bóg wie gdzie. Zabytki stoją od wieków, poczekają na ciebie jeszcze minutkę.
4. Daj się ponieść emocjom.
Nawet jeśli twój włoski jest słaby- nie przejmuj się. Mów na tyle ile potrafisz, rozmawiaj z ludźmi w knajpach, pij z nimi wino i śpiewaj wieczorami włoskie piosenki. Ewentualne braki uzupełniaj gestykulacją i uśmiechami. :)
Teoretycznie powiem wam, że jeśli znacie włoski dość słabo to jesteście wygranymi. Dopóki mówiłam po włosku bardzo słabo, każdy próbował mi pomóc w jak najbardziej dosadny sposób. To znaczy, rysowali mi mapy, zaznaczali punkty, mówili wolno. Gdy zaczęłam mówić swobodnie, wszyscy przestali się mną przejmować. Teraz spotykam się tylko z machaniem rękoma, które mają wskazywać kierunki i tekstami w stylu" idź tam, dwanaście zakrętów w lewo, potem w prawo, na rondzie w lewo, za 100 metrów w prawo, jak zapomnisz to kogoś spytasz." Grazie. :D
5. Nie bój się zadawać pytań.
Patrz punkt wyżej. Na pewno uda ci się skleić podstawowe pytanie nawet jeśli nie ukończyłeś poziomu A1. Czasem mam wrażenie, że dla Włochów ważne jest to, że mówisz, a nie jak(to chyba nie tylko wrażenie). Proś o pomoc w znalezieniu najmniej uczęszczanej plaży, najbliższego straganu z owocami i wcale nie czuj się źle, że zadręczasz innych setkami pytań! :)
6. Myśl i baw się jak Włosi.
Wybierz się na święto patrona miasta lub na inscenizacje bitwy. Zabawa gwarantowana! Wybierz się na koncert lokalnych muzyków lub na degustację sera. Nic nie zbliży cię do Włochów jak wspólny śmiech i radość.
7. Mieszkaj jak Włosi.
Przerabiałam wiele wariantów i jednak samodzielne wynajęcie domu/mieszkania to najlepsza opcja. Szybko nauczysz się radzić sobie w obcym kraju w bardzo codziennych sytuacjach jak np. Zepsuta lodówka (w tym upale to naprawdę była tragedia), skończona butla z gazem, tłumaczenie panu od klimatyzacji co się zepsuło (miałam wrażenie, że koleś naprawdę czeka aż ja znajdę powód zepsucia tej klimy) itd itp. A, gdy zamarzy ci się leniwy wieczór, po prostu ugotujesz makaron, otworzysz wino i przesiedzisz do późna w szlafroku na swoim tarasie. No dobra, w szlafroku mogłoby być za ciepło. :)


A jakie są wasze sposoby na włoskie podróżowanie? :)

piątek, 5 maja 2017

#154 Najlepsze włoskie blogi modowe.

Witajcie kochani! :)
Pewnie większość z was myśląc o włoskich ulicach dużych miast, od razu myśli o świetnie ubranych, idealnie wyglądających Włochach i Włoszkach. Szczerze powiedziawszy im dalej na południe tym mniej można zobaczyć przestylizowanych ludzi, ale Rzym, Mediolan czy Wenecja zawsze robiły na mnie nie małe wrażenie także ze względu na to jak ubrani chodzą niektórzy ludzie. Zawsze uważałam, że Włosi mają najlepszy styl na świecie. Uwielbiam to, że często niby założą cokolwiek, niby tylko ułożą włosy i niby tylko zarzucą na siebie jakąś tam kurtkę, a mimo to wyglądają perfekcyjnie.

Właśnie z tego względu chciałam wprowadzić wam tutaj troszkę włoskiej mody i przedstawić wam moje ulubione blogi modowe prosto ze słonecznej Italii.

1. Mariano Di Vaio. BLOG
To już całkiem przegrana sprawa jeśli chodzi o utrzymanie zdrowego rozsądku, bo nie wiem czy istnieje ktokolwiek kto może pozostać niewzruszonym wobec uroku Mariano. Mam do niego jeszcze większy sentyment, bo był pierwszym zagranicznym blogerem, którego zaczęłam śledzić wieki temu! On po prostu wygląda zawsze bosko. Do tego wydaje się takim ciepłym człowiekiem. Cała jego rodzinka wydaje się świetna!
2. Chiara Ferragni.  BLOG
Zastanawiałam się czy Chiara powinna się tu znaleźć, bo w końcu kto jej jeszcze nie kojarzy? Jej twarz jest we Włoszech wszędzie. Ostatnia sesja zdjęciowa z Fedezem podbiła moje serce całkowicie i uważam, że są przesłodką parą. Także do Chiary trudno nie mieć sentymentu. Była pierwszą blogerką na tak znaczącą skalę. Nosi proste rzeczy zestawione w niebanalny sposób. Wygląda nonszalancko, młodzieżowo, FAJNIE.
3. Eleonora Petrella.  BLOG
Nie jest tak znana jak powyższa dwójka, ale według mnie jakością zdjęć i stylem wcale od nich nie odbiega. Uwielbiam jej uśmiech, jest całkowicie zaraźliwy. Do tego Mediolan w tle i czuję się jak w niebie przeglądając jej bloga! :)

4. Tommy Rosati. BLOG
No i mamy kolejnego mężczyznę w moim zestawieniu.Tym razem mojego rówieśnika. Uwielbiam jego miejski styl oraz klimatyczne fotki. Ten klimat zdjęć z pewnością jest jego znakiem rozpoznawalnym. :)
5. Diana De Lorenzi.  BLOG
Na blogu Diany mniej mody, a więcej podróży i przepięknych widoków. Autorka pisze, że idzie tam gdzie zaprowadzi ją serce. Nie sposób się z tym nie zgodzić podążając za jej relacjami z wypraw. Do tego teraz i ja mam ochotę odwiedzić wszystkie te miejsca.

Znaliście wcześniej te blogi? Chcielibyście post z moimi ulubionymi włoskimi insta dziewczynami? :)
Trzymajcie się cieplutko! <3