sobota, 28 stycznia 2017

#125 3 włoskie noclegi z piekła rodem.


Jeśli chodzi o noclegi we Włoszech to chyba mogłabym napisać już niemały poradnik. Wynajmowałam domy, apartamenty nad morzem, małe domki ala cempingi pośrodku niczego, skalne domki znane z widokówek (kamienne miasteczka na szczycie z setką mieszkańców xd).
Były agroturystyki i hotele. Naprawdę troszkę się tego zebrało, ale nie potrafię wybrać, która opcja jest najlepsza.
Zdecydowanie jednak od hoteli wolę prywatne domy, ale może to dlatego, że ja generalnie nie najlepiej się w nich odnajduje i paradoksalnie niezbyt bezpiecznie się w nich czuję.
Dziś jednak całe szczęście nie będę musiała wybierać między nadmorskimi apartamentami, a agroturystykami w toskańskich wioskach.
Opowiem wam o 3 włoskich noclegach z piekła rodem, które szczególnie zapadły mi w pamięć i choć wtedy zdecydowanie nie było mi do śmiechu, dziś wspominam je z uśmiechem na ustach!

1. Neapol
Mój bezapelacyjny nr 1! ;D Nocowałam z przyjaciółką w hotelu w Neapolu. Przyznam, że sam w sobie nie był jakoś szczególnie urzekający, ale nie jestem też osobą wybitnie narzekającą na zakwaterowanie. Bylebym nie musiała mieszkać z nikim obcym, miała prąd i wodę. NO WŁAŚNIE.
Hotel wydawał się nieco opuszczony. Trochę jak te hotele z horrorów, gdy czekasz aż za rogu wyjdą bliźniaczki mówiące "Chcesz się pobawić?" Budynek był ogromny, korytarze długie, wyłożone czerwoną wykładziną. Wszędzie, dosłownie wszędzie widziałam tylko kolor czerwony.
Po hotelu krzątało się chyba z kilkunastu kelnerów co było bardzo dziwne biorąc pod uwagę, że gości była garstka. Właściwie nie jestem pewna czy chociaż tylu ich było. Za hotelem znajdował się wielki basen yuhu! Tyle, że bez wody, ale za to z kafelkami pokrytymi wieloletnimi glonami czy czymkolwiek to ustrojstwo było. No trudno. Fanką basenów też nigdy nie byłam więc w sumie co mi za różnica.
Koszmar zaczął się dopiero w pokoju, gdy zapadła już noc.
Gdy stałam pod prysznicem i próbowałam się myć (tak, próbowałam, bo byłam już nieźle spanikowana i chciałam mieć to jak najszybciej za sobą! ;D) cały czas gasło mi światło. Gasło na jakieś pół minuty i nagle się zapalało. I tak wielokrotnie. Na początku myślałam, że to sprawka mojej przyjaciółki, ale jak się potem okazało było to niemożliwe, bo włącznik znajdował się tylko w środku łazienki.
Po umyciu się było już tylko lepiej.
Wdrapałam się na łóżko, które było niewyobrażalnej wysokości. NAPRAWDĘ NIGDY NIE WIDZIAŁAM TAK WYSOKIEGO ŁÓŻKA. Po nakryciu się czerwoną (bo jaką inną) kołdrą, myślałam, że zaraz moje płuca zostaną zmiażdżone. Kołdra ważąca pół tony. Kołdra
w Neapolu. Kołdra we Włoszech w lato. Zazwyczaj do wyboru masz dodatkowe prześcieradło do nakrycia lub cieniutką kołderkę, a nie wielką, ciężką, czerwoną, błyszczącą się kołdrę. No dobrze, przynajmniej okno otwarte...
Myślicie, że to był pozytyw?
Ledwo zdążyłyśmy się położyć okazało się, że z pokoju jest wyjście na taras. Super... Szkoda tylko, że na ten sam taras wychodziło się z każdego z dziesięciu pokoi po tej stronie. Pewnie ciekawi was jak odkryłyśmy z łóżka, że na taras wychodzić mogą wszyscy? Odpowiedź jest prosta. Gdy zgasiłam światło zaczęłam widzieć dziwne cienie poruszające się za oknem.
Do tego doszło lekkie stukanie w szybę. TAK. KTOŚ TAM STAŁ. Ruszał rękoma i stukał w szybę. To był właśnie ten moment, w którym wpadłam w dziką panikę. Pozapalałam wszystkie światła, żartowniś uciekł choć widziałam jego ręce w pełnym oświetleniu i nakazałam (bo sama się bałam ;D) zamknąć mojej przyjaciółce okno (a było ono ogromne), aby nikt do nas nie wszedł.
Na tym się ta cudowna historia nie kończy, gdyż moja przyjaciółka szarpnęła i owe okno WYRWAŁA. Zakończenie tej pięknej historii było takie, że do rana siedziałyśmy przy zapalonym świetle, a rano moją jedyną myślą było "Wynieść się stąd".
Jedyne co okazało się wspaniałe to to, że na to piekielne łóżko trzeba było wskakiwać. Rano po podłodze biegały całe ścieżki mrówek i wszelkiej maści innych robali na tyle natarczywych, że wytrzepywałam je z torby jeszcze przez kolejną dobę. ;) Jednak lepsze to niż kolonia w łóżku, prawda?

2. Lido degli Estensi.
W Lido byłam z rodzicami wieeeeeki temu, ale pamiętam to miejsce doskonale. Generalnie kto nie był w żadnym z Lido niewiele stracił. Uprzedzam. ;)
Pamiętam jak przed wyjazdem oglądaliśmy miliony różnych ofert aż w końcu trafiliśmy na tą "idealną". W Lido mieliśmy być całe szczęście tylko tydzień, bo był to nasz przystanek powrotny z gorącego południa.
Mieszkanie miało być duże, w niskiej zabudowie, z widokiem na morze, otoczone dużym ogrodem. Cicha i spokojna okolica. Co najlepsze zdjęcia naprawdę na to wskazywały. :)
Ostatecznie mieszkanie faktycznie było spore tyle, że dom miał ze 30 pięter i na każdym całą masę mieszkań. ;o
Morza widać nie było, wszak dom stał w samym centrum więc... xd Hałas do 3 nad ranem w sumie nie przeszkadzał, bo  w końcu to Włochy i normą jest życie na ulicy do późna więc skoro bierze się w tym udział to czemu miałoby przeszkadzać.
Gorzej, że i ogród był jednym wielkim picem. Przed domem znajdował się trawnik dwa metry na dwa metry i jedno drzewo wokół którego wszyscy chcieli parkować. Jak jednak widać jakoś przeżyliśmy 7 dni z zimną wodą, zrywającym prądem, na samej górze wieżowca, w środku przeludnionego Lido. ;D

3. Silvi Marina.
Kocham to miejsce, bo spędziłam tam kilka wakacji z rzędu i z całego serca chciałabym tam wrócić. Jednak oczywiście nie zawsze wszystko było tak różowe. Za trzecim razem okazało się, że nie dostaniemy naszego pięknego mieszkanka tylko jakieś inne. Taki sam budynek, taki sam metraż i wygoda, ale w trochę innym miejscu. Tym trochę innym miejscem okazało się samo, najdalsze obrzeże miasteczka. Apartament na parterze z wyjściem na plażę. Brzmi super? Nie do końca!
Okazało się, że akurat na tym kawałku plaży coś się stało(?) Całe wyjście jak i plaża ogrodzone były kolorowymi taśmami.
Na ulicy od strony wejścia za to w najlepsze trwał remont. ;) Zrywali nawierzchnię. Huk, pył, ciężarówki i koparki. Brzmi jak idealny relaks. To oczywiście nie był koniec niespodzianek. Spokojny i wyluzowany (jak zawsze) Włoch oznajmił nam, że na górze jest jakby osobne mieszkanko gdzie mieszka mężczyzna z Nigerii i generalnie on tam sobie na spokojnie mieszka,
ale z góry nie ma normalnego wyjścia więc wychodząc z domu musi przechodzić przez nasz apartament. :D Pomysł mieszkania z obcym mężczyzną nie jest najlepszy, niezależnie od tego jakiej jest narodowości. Trudno było pozbierać myśli  w tym huku z ulicy, ale na szczęście jakoś się udało dogadać i wymienić to mieszkanie na nasze dawne. W sumie zastanawiające,że nagle się zwolniło? ;)


Mam nadzieję, że moje piekielne noclegi wywołały na waszej twarzy uśmiech, bo ja śmieje się na samo wspomnienie. Zwłaszcza nocleg nr 1, który jest najświeższy, nadal żyje w mojej pamięci i nadal czuję ten lekki dreszczyk. Taaak "lekki dreszczyk" ;). Wtedy zdecydowanie nie był to tylko lekki strach!
Koniecznie opowiadajcie mi o swoich najśmieszniejszych przygodach z noclegiem. Jestem bardzo ciekawa. :*


środa, 25 stycznia 2017

#124 10 rzeczy do zrobienia we Włoszech.

Witajcie!
To tylko ja i wracam do was po tygodniowej przerwie. Niby to tylko tydzień, a czuję się jakby minęły wieki. Nieprzespane ostatnie noce sprawiają, że zasypiam nad klawiaturą, ale chciałam jeszcze dziś zrobić coś dla siebie i dla was. Ostatnie dni były jedynie egzaminami i fatalnym humorem, który złapał mnie w swoje sidła i cały czas trzyma, ale powoli jest już lepiej.. :)

Pisałam wam już co robić na północy Włoch, pisać będę co robić na południu i jak korzystać z życia na Sycylii, ale dziś chciałam być bardziej ogólna i stworzyć dla was prostą, w 100% wykonalną listę rzeczy, które mogą umilić wam włoskie podróże. :)

1. Pierwszy punkt nie musi być jakoś specjalnie odkrywczy... Musisz jeść! Rzeczy o niepowtarzalnym smaku. Spróbuj każdej regionalnej potrawy. Kup polecane wino w Enotece, kilka rodzajów sera, świeże owoce. Idź na prawdziwą pizzę, której smaku nie da się podrobić! Rozkoszuj się lodami i nie zapomnij o lokalnych słodkościach. To chyba taka uniwersalna rada dotycząca każdego miejsca, w którym się znajdziemy, ale naprawdę nie zawsze warto zaglądać do miejsc polecanych przez popularne przewodniki czy te gdzie kłębią się tłumy turystów. Moim patentem jest spytanie lokalnych mieszkańców o ich ulubione miejsca lub zaglądanie do restauracji w bocznych uliczkach, które z trudem można dostrzec. Kiedyś w jednej z takich restauracyjek uczyłam około 80 letniego pana robić zdjęcia lustrzanką i ubaw mieliśmy przy tym cudowny obydwoje. :)
2. Jeśli masz taką możliwość zagadaj do obcej osoby! W barze, kawiarni, restauracji czy choćby pod sklepem!
Spytaj o co chcesz. Możesz spytać o okoliczne atrakcje, przysmaki, albo porozmawiać o tak zwanej pogodzie. ;) Nawet nie zauważysz jak szybko udzieli ci się pozytywna energia.
3. Wyłącz telefon chociaż na godzinę i wybierz się do muzeum. Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak wiele dzieł sztuki czeka na twoje odkrycie. Kocham się we włoskich muzeach, a najbardziej chyba w tym, że w nich naprawdę nigdzie się nie spieszę. Daję sobie tyle czasu ile potrzebuję, wracam do tych samych rzeźb/obrazów miliony razy. Nikt mnie nie pogania, nikt mi nie zawraca głowy głupotami... Jest świetnie.
4. Zrób piknik na plaży. Koc, dobre jedzonko i wino, a do tego widok na morze. Oczywiście takie romantyczne rzeczy nie przejdą na popularnej plaży w Rimini. :D Ale uwierzcie, że w małych miasteczkach dużo osób organizuje sobie pikniki czy grille na plaży i nawet nie tak trudno się na nie wprosić. :>
5. Koniecznie wybierz się na zwiedzanie historii.
Jeśli zrezygnujesz z oglądania ruin np. w Pompejach czy Aquilei tak naprawdę nigdy nie poczujesz tego klimatu i wzniosłości. To dla mnie prawie jak punkt nr 3. Mogłabym długie godziny spacerować po Pompejach i odtwarzać w głowie życie ludzi, których już nie ma. Boże jakie piękno otaczało ich z każdej strony, a z drugiej jaki tragiczny los! Zawsze wzruszam się myśląc o tym. Mogłabym spędzić życie patrząc na Wezuwiusza.
6. Wejdź na wulkan! Już w drodze poczujesz, że robisz coś naprawdę wyjątkowego i niezapomnianego. Widoki gwarantowane i zawsze jest to fajna alternatywa dla całych dni spędzanych w mieście! :)
7. Każdy poranek zaczynaj od gazety i espresso. Dopóki nie spróbujesz nie przekonasz się jak łatwo jest się wyluzować w ten sposób. Ja naprawdę nie przepadałam za kawą, ale przekonałam się do niej 2 lata temu i właśnie tak postanowiłam spędzać moje włoskie przedpołudnia. :)
8. Wypożycz skuter i jeździj wzdłuż wybrzeża. Albo namów kogoś, aby zabrał cię na przejażdzkę co wcale nie jest wyczynem ;)
Ja marzę o wycieczce Vespą po Rzymie niczym w jednym z moich ulubionych filmów(kto zgadnie jakim?:)) i wiem, że jest to marzenie, które się spełni!
9. Pojedz do Rzymu, wstań bardzo wcześnie i idź zajmij miejsce przy Fontannie di Trevi. Musisz po prostu musisz rzucić przez ramię monetkę i pomyśleć życzenie. Bez tego podróż do Rzymu jest bezsensu, zaufaj mi. Oczywiście troszkę przesadzam, ale naprawdę wypełnianie takich małych tradycji daje super satysfakcję, zabawę, otoczkę magii. :)
10. Zjedz romantyczną kolację z widokiem na morze. Nic nie wycisza i nie uspokaja tak jak szumiące fale. Czasem myślę, że gdybym miała trochę włoskiego morza pod domem na stałe, byłabym super spokojnym człowiekiem. :)

+ mały bonus! <3
W Wenecji koniecznie zmocz stopy na placu św. Marka póki to jeszcze możliwe! :) W Rzymie zapomnij na chwilę o mijającym czasie i spędź długie popołudnie z widokiem na Koloseum. Gdy zmęczy cię Piza, ucieknij na trochę za miasto do Parku Pinokia. W Genui nie odmawiaj sobie pysznych ryb, a w Tropei opalaj się na jednej z najpiękniejszych włoskich plaży!
Oczywiście to tylko mała część tego co można robić w Italii. Malutka cząsteczka piękna ich miast, ale kto szuka nie błądzi więc wierzę, że znajdziecie też i własne sposoby. :)
Co dodalibyście do listy?


środa, 18 stycznia 2017

#123 Włochy- piękne miejsca cz.10

Witajcie! :)
Jeśli chodzi o serię o pięknych włoskich miejscach to jest to moja ulubiona! Moim marzeniem byłoby stworzenie mapy Włoch ze wszystkimi miejscami, które widziałam, ale póki co nie mam na to zupełnie ani cierpliwości, ani czasu, bo najpewniej zajęłoby mi to wieki! Własnie dlatego póki co wybieram przynajmniej te miejsca, które najbardziej mi się zapamiętały i dzielę się z wami nimi, tworząc mały, blogowy przewodnik. :)

Obowiązkowo zamieszczam też prowizoryczną mapkę, żebyście mogli zauważyć gdzie obecnie was zabieram. :) Przy 9tej części zapomniałam ją dodać, przepraszam!




Monreale to kolejne miejsce must have jeśli lubicie południowe klimaty i wybieracie się akurat na Sycylię. Jest naprawdę blisko Palermo więc aż żal nie zajechać, gdy jest się w pobliżu.
Pierwszym zabytkiem, który na pewno rzuci się wam w oczy będzie katedra. Nie byle jaka katedra, bo jej historia sięga aż XII wieku i wykonana jest w stylu arabsko-bizantyjsko-normandzkim! Arabskie wpływy są ważnym elementem sycylijskiej architektury i chociażby tylko po to, aby je zobaczyć, warto udać się na Sycylię. Po co jeszcze, jak i czemu będę pisać wam w innym poście. :)

Jeśli mam być szczera to według mnie nigdzie nie ma piękniejszych kościołów niż we Włoszech. Będąc dzieckiem poznawałam włoską kulturę właśnie w taki sposób- oglądając każdy kościół w każdej miejscowości w jakiej się znalazłam i ta mała obsesja pozostała mi do dziś. Uwielbiam podziwiać obrazy, ołtarze, sklepienia...

Monreale to także cudowny ogród z zapierającymi dech w piersiach widokami i cudownym baobabem! To także słoneczne, wąskie uliczki choć to pewnie nowością nie jest, bo kto po Włoszech już jeździł, ten wie, że takich tam nie brakuje, a już zwłaszcza na południu kraju. Te sycylijskie jednak mają jeszcze większą magię! Monreale zwiedzałam w niedzielę. Nie ma chyba śmieszniejszego dnia tygodnia na zwiedzanie włoskich miast. Ulice pustoszeją, zza uchylonych okiennic docierają krzyki towarzyszące przygotowywaniu obiadu...
Niedzielne miasta to najbardziej klimatyczne miasta.








Kto z was był w Monreale? :)

poniedziałek, 16 stycznia 2017

#122 Wiadomości z Włoch.

Dzień dobry moi drodzy! :)
Jakiś miesiąc czy dwa temu, na moim blogu pojawił się pierwszy post z włoskimi wiadomościami i byliście zachwyceni (chyba, że tylko udawaliście. :D) więc mimo, iż tym razem nie mam dla was tak wstrząsających wiadomości jak ostatnio (uff) to i tak postanowiłam napisać taki post i przekazać wam troszkę wiadomości z mojego najukochańszego kraju. :)

1. Podczas, gdy w Polsce zima taka niezdecydowana... Raz popada śnieg, raz nie... Raz zrobi się zimniej, potem cieplej... Włosi przeżywali prawdziwy atak zimy. Naprawdę nie jest to spotykane zbyt często więc rozumiem ich wstrząs i to, że z południa Europy docierały do mnie smsy o treści "umrę", "zimno", "ratunku". :D
Troszkę się z moich znajomych podśmiewałam tłumacząc, że w końcu czują się choć trochę jak ja, ale oczywiście były to tylko żarty, bo sytuacja nie jest zabawna, gdy nie masz stałego ogrzewania w domu lub, gdy nie możesz iść do pracy/szkoły/na uczelnię.
Tak czy siak, zdjęcia ośnieżonych Włoch, ba wręcz zasypanych! szybko obiegły cały świat. Wydawać by się mogło, że śnieżyce ominęły jedynie Neapol- Wezuwiusz przyjął wszystko na siebie, ale i tam nocne temperatury osiągały minus kilka stopni brrr.
Jak zwykle pęka mi serce. No bo najpierw trzęsienia ziemi, dramaty ludzi, wielkie pieniądze idące na odbudowę..., a teraz śnieżyce i znów wielkie pieniądze na pokrycie strat. Są to straty liczone w setkach milionów euro. Kwoty niewyobrażalne.
Przynajmniej zdjęcia ośnieżonych plaż ukoiły troszkę oczy.

2. Ostatnimi dniami głośno też było o strzelaninie w Neapolu, w której ucierpiała 10 letnia dziewczynka, która po prostu znajdowała się na ulicy wraz ze swoim ojcem... Policji w końcu udało się zatrzymać cztery osoby związane ze sprawą. Dwie z nich znajdują się w więzieniu, dwie kolejne w areszcie domowym. Takie wydarzenia zawsze mną wstrząsają... Zwłaszcza, że chodzi o moją ulubioną część kraju. Niestety jeśli ktoś myśli, że takie zdarzenia nie mają miejsca tam dość często, jest w błędzie...

3. Od jakiegoś czasu słychać także nieco więcej o włoskim superwulkanie, który swego czasu, bardzo dawno temu, spowodował największą erupcję w Europie. Campi Flegrei znajduje się tuż przy Neapolu i od jakiegoś czasu troszkę wszystkich straszy... Ostatnia jego poważna aktywność datowana jest na rok 1538, ale naukowcy twierdzą, że niebawem dojdzie do nowej erupcji. Mam nadzieję, że nie!


Mam nadzieję, że podobało wam się zestawienie 3 wiadomości z Italii, które specjalnie dla was wybrałam i, że będziecie czekać na więcej. :) Słyszeliście o którymś z tych newsów?

Źródła zdjęć:
http://www.repubblica.it/
http://www.meteogiornale.it/

Miłego dnia :*

piątek, 13 stycznia 2017

#121 Włoskie słowa, które nie oznaczają tego co myślisz.

Witajcie kochani! :)
Dzisiaj będzie troszkę o "falsi amici" (fałszywi przyjaciele) w języku włoskim i polskim. Jak się pewnie domyślacie, są to słowa, które brzmią bardzo podobnie lub wręcz identycznie w obu językach, ale mają zupełnie inne znaczenie!
Prawdopodobnie są to najpopularniejsze słowa, które myli się na początku nauki każdego języka. Ja na przykład myliłam kiedyś "ispirazione" z "inspirazione", bo brzmiało mi tak logicznie z polskiego, a co tam, że to zupełnie dwa inne znaczenia. :D
Dla mnie tacy "falsi amici" to także wyrażenia, które ludzie starają się kalkować z polskiego na włoski z idealną dokładnością i nie rozumieją, że jest np. "avere fame" (dosłownie mieć głód) zamiast "essere fame" (być głodnym).  Tak samo jak jest "fare la doccia"(dosłownie robić prysznic) zamiast "prendere la doccia"(brać prysznic. Błagam nie mówcie tak nigdy, bo automatycznie wyobrażam sobie Włocha, któremu w głowie kiełkuje myśl, że ktoś chce wyrwać kawałek prysznica i zabrać go ze sobą. O nieeeeee).
Dziś jednak nie będzie o całych wyrażeniach, a o słowach, które brzmią tak samo przez co robią w umyśle niemały bałagan. ;) Ale obiecuję wam, że mówiąc i pisząc dużo, z pewnością szybko zapamiętacie te słowa i więcej już nic wam się nie pomyli! :)

Jeśli usłyszycie, że ktoś krzyczy "curva", wcale nie ma na myśli niczego złego, ani tym bardziej nie zwraca się do was w wulgarny sposób. :) "Curva" oznacza tyle co zakręt lub chociażby żeńską formę od słowa zakrzywiony. Choć przyznam się wam, że gdy byłam młodsza to i tak głupio było mi używać tego słowa.;D
Jeśli ktoś zaprosi cię na "colazione" (choć raczej nikłe szanse na zaproszenie akurat na ten posiłek...) to ma na myśli śniadanie, a nie kolację. To chyba jeden z częściej mylonych wyrazów, gdyż nawet na instagramie natrafiam często na zdjęcia przedstawiające kolacje i podpisane #colazione, albo o zgrozo #kolacjone, bo coś tam się kiedyś zasłyszało.
"Divano" brzmi tak obiecująco, że nawet osoba, które w ogóle nie zna włoskiego zaczyna nabierać nadziei, że coś zrozumiała! Niespodzianka, "divano" nie ma nic wspólnego z dywanem. Oznacza kanapę. Jak dobrze, że przynajmniej wciąż jest to słówko związane z umeblowaniem. ;)
To samo dotyczy słowa "tappeto", które nie ma nic wspólnego, ani z tapetą, ani nawet ze ścianą. To jest właśnie nasze poszukiwane słowo dywan.
Jeśli potrzebujesz znaleźć "bagno" to wcale nie chodzi ci o błoto, a o łazienkę. Co za ulga, że przynajmniej wymawia się inaczej niż się pisze.
Jeśli przeżyłaś już to, gdy ktoś mówił do ciebie "curva" to z pewnością przeżyjesz też to, gdy ktoś powie na ciebie "garbata". Spokojnie to tylko określenie uprzejmej osoby. :)
Jeśli ktoś oferuje nam "coperta" nie znaczy, że sugeruje nam pisanie listów. "Coperta" to nic innego jak koc/kołdra.
"Firma". Słysząc to słowo nie sposób nie pomyśleć o firmie jako miejscu, przecież to od razu się tak kojarzy prawda? Jednak włoskie "firma" oznacza podpis. "Firmare" podpisywać, a jeśli chcemy rozmawiać o interesach związanych z firmą to zdecydowanie przyda nam się słowo "ditta".
"Figura". Jeśli chcesz komuś powiedzieć, że ma śliczną figurę to broń Boże nie powiedz "Che figura!", gdyż to oznacza tyle co "Jaki wstyd/ Ale wstyd" i jest mocno szydercze. Lepiej pamiętać o "Che fisico!";)
W sklepie nigdy nie pytajcie o cenę sugerując się polskim słowem i tym, że we włoskim też takie istnieje choć oczywiście z inną wymową :) Włoskie słowo "cena" oznacza kolację.
Takich słów jest o wiele więcej, ale te zdecydowanie są moimi ulubionymi.


Znacie jakichś innych "falsi amici", które przypadły wam do gustu?:)
Mam nadzieję, że teraz zapamiętacie przynajmniej te. :)


środa, 11 stycznia 2017

#120 Romantyczne Panettone.

Witajcie kochani! :)
Wiem, że już po Bożym Narodzeniu (minęło zaskakująco dużo czasu;o), ale może wybaczycie mi ten drobny wpis o świątecznym specjale, bo jakoś wcześniej nie było okazji, aby napisać wam o Panettone, a myślę, że parę słów zawsze warto wspomnieć. :)
Kiedy dostałam od mojej przyjaciółki z Mediolanu ogromną paczkę, a w niej między innymi tak cudownie zapakowane Panettone to całkowicie się rozkleiłam. Szczerze mówiąc, zawsze rozklejam się przy zagranicznych paczkach. Gdy je wysyłam jestem po prostu szczęśliwa, że sprawiam komuś przyjemność, ale gdy je odbieram to jestem niesamowicie wzruszona. Myślę, że przynajmniej część z was wie o czym mówię. Moment otwierania, rozklejania folii, zaglądanie do środka i to cieplutkie uczucie, że ktoś tam daleko kocha cię tak jak ty jego. :) Ah!

Nie przedłużając jednak... Jedliście kiedyś Panettone? W dzisiejszych czasach (oh jak to brzmi) można je kupić praktycznie wszędzie. Większość spożywczych sieciówek ma je w swojej ofercie tuż przed świętami. Szczerze powiedziawszy ja jadłam przeróżne Panettone. Takie przywiezione z Włoch i takie kupione "gdzieś tam" w Polsce. Te sieciówkowe zazwyczaj to wyschnięte ciasto bez smaku, nie polecam. Te z Włoch zawsze były lepsze, ale! To które dostałam tym razem było naj naj najlepsze ze wszystkich, które do tej pory jadłam... Miękkie, z dużą ilością bakalii, pachniało na cały dom! Było nieziemskie i potwierdzili to wszyscy, których poczęstowałam. Bajka.


Dziś jednak poza samym suchym opisywaniem wam smaku i mojego wzruszenia na widok kilogramowego ciasta, chciałabym opowiedzieć wam troszkę o samym Panettone.
Może słyszeliście kiedyś o tym, że mediolańskie Panettone co roku rywalizuje z Pandoro z Werony na tytuł najlepszego świątecznego wypieku? Jak dla mnie nie ma nawet porównania. Panettone zwycięża, za Pandoro nie przepadam, ale znam osoby, które uważają na odwrót więc jak widać spór jest słuszny. Na mnie działa dodatkowo fakt, iż Panettone jest niesamowicie romantycznym wypiekiem (a raczej jego historia, ale jakby nie patrzeć rzutuje to na wizerunek ciasta.:)).
Jedna z legend wisząca nad Panettone mówi o miłości dwójki młodych ludzi. Dokładnie mówiąc chodziło o miłość syna ulubionego giermka Ludovico Sforza i córki miejscowego piekarza. Oczywiście jak to bywa w smutnych historiach, tej miłości sprzeciwiali się WSZYSCY. Do tego piekarniczy interes ojca Adalgisy zaczął gwałtownie podupadać... Zakochany w niej chłopak robił wszystko, aby uszczęśliwić ukochaną (z którą de facto widywać się mógł tylko pod osłoną nocy...) i takim to sposobem eksperymentując z ciastem, zaczął dodawać do niego cukier i rodzynki. Nowy przysmak oczywiście wszystkim zasmakował, czyniąc na nowo piekarnie ojca Adalgisy, najpopularniejszą w mieście. Po takim sukcesie wszystko musiało się ułożyć. Rodzina Ughetto zaakceptowała jego wybrankę i młodzi zakochani niebawem się pobrali. :)
Takich XV wiecznych legend na temat wspomnianego wypieku jest więcej, ale ta zdecydowanie najbardziej trafia do mojego serca i w taką wersję chciałabym wierzyć! :)

I jak tu nie pokochać Panettone? :) Może próbowaliście go kiedyś?
Chcielibyście więcej wpisów o włoskich słodkościach?

niedziela, 8 stycznia 2017

#119 Film- La mafia uccide solo d'estate.

Witajcie koooochani! 
Tak dawno nie opowiadałam wam o żadnym włoskim filmie, że nawet i mi zaczęło brakować tego typu postów. Mówiłam wam, moja włoska miłość utrzymuje się na przeróżnych płaszczyznach, a kinematografia jest jedną z ważniejszych, bo czy może być coś lepszego niż oglądanie Włoch na szklanym ekranie (przynajmniej jeśli akurat nie możesz na żywo!)?


"La mafia uccide solo d'estate" jest filmem nowym, ma raptem 3 lata, a ja zdążyłam obejrzeć go już co najmniej kilka razy i zawsze chętnie do niego wracam i pokazuje każdemu kto akurat jest chętny na jakiś seansik. :)
Dla mnie w tym filmie zawarte jest wszystko co najlepsze. Mafia, inspiracje prawdziwymi wydarzeniami, dziennikarstwo i oczywiście! Sycylia! A wszystko to widziane oczami małego chłopca (który stopniowo oczywiście dorasta, akcja toczy się przez dłuższy czas).
Z Arturo łączy mnie naprawdę wiele, może dlatego tak bezbłędnie odnajduję się w tym filmie. Do tego Palermo, którego wspomnienie wraca do mnie jak boomerang z każdym nowym odtworzeniem.
Nie przepadam za opowiadaniem fabuły, bo zawsze pozostaje lęk, że zdradzę zbyt wiele i zepsuję wam przyjemność, a naprawdę zdarza się, że ponosi mnie za bardzo i opisuję bez końca!
Nie mniej jednak, "La mafia uccide solo d'estate" z pewnością nie jest lekkim filmem (myślałam, że to taka komedia, lekki dramat, gdy włączałam go po raz pierwszy...), ale nic z tych rzeczy! Oczywiście, w filmie pełno zabawnych dialogów, scenek widzianych oczami małego chłopca, zawirowań miłosnych, najlepszych pączków i sycylijskiego słońca. Wszystko to jednak zdaje się być przykryte szczelnym płaszczem dramatycznych wydarzeń, które dzieją się tam jedna po drugiej, zmieniając po trochu życie głównych bohaterów.
Właśnie taka jest Sycylia. Walka dwóch światów, dwóch charakterów, dwóch żyć. Nie widać może tego tak bardzo podczas tygodniowych czy dwu wakacji, ale zapewniam was, że tak właśnie jest i sama na własnej skórze przekonałam się, że chociażby Palermo i okolice to nie jest słodkie miejsce ze snów.
Myślę, że po takim wprowadzeniu nie pozostaje wam już nic innego jak urządzić sobie niedzielny seans.
Uwaga, film można bez problemu znaleźć w polskiej wersji językowej! Wiem, że się cieszycie ah. :D



czwartek, 5 stycznia 2017

#118 Już jutro przybędzie Befana...

Za pewne teraz wielu z was zastanawia się kim, czym jest ta magiczna Befana, o której napisałam w tytule?
Ja uwielbiam tą tradycję, jest zupełnie inna niż wszystkie znane mi do tej pory i to dzięki niej na mych ustach gości uśmiech za każdym razem, gdy pomyślę o dniu 6 stycznia. :)
Befana to pewna staruszka niezbyt zachwycającej urody. Zgarbiona i pomarszczona, z charakterystycznym dla czarownic nosem.
Jej dzień przypada na 6 stycznia czyli Epifanię, w Polsce święto trzech króli, która kończy okres świąteczny i sygnalizuje, że pora pozbyć się z domu choinek i szopek.
Tradycja związana z Befaną głosi, ze trzej królowie idący do Jezusa, zatrzymali się u pewnej staruszki i opowiedzieli jej dokąd zmierzają.
Befana po zastanowieniu próbowała się ich odszukać i razem z nimi iść do Jezusa, ale zagubiła drogę. Dlatego też według legendy, od tej pory przybywa do każdego domu, w którym jest dziecko mając nadzieję, że trafi do małego Jezusa. Befana tak jak i Mikołaj lubi zjeść coś w przerwie od "pracy" dlatego to dzieci zostawiają jej mandarynki i wino jako alternatywę dla ciasteczek i mleka dla Mikołaja. :) Grzeczne z pewnością znajdą rano przeróżne słodycze, niegrzeczne węgiel lub w wersji troszkę delikatniejszej- cukierki przypominające jedynie wspomniany węgiel. ;)
Słyszeliście kiedyś o Befanie?:) A może znacie inne tradycje związane z dniem 6 stycznia?

wtorek, 3 stycznia 2017

#117 Włochy- piękne miejsca cz.9

Witajcie kochani w styczniu, jednym z najgorszych miesięcy! Przynajmniej dla mnie, bo w końcu to czas egzaminów, prac zaliczeniowych i rozpoczęcia pisania licencjatu, który zaczęłam pisać wczoraj pod wpływem chwili, ale przyznam się wam, że pewna do końca nadal nie jestem jak to ma wszystko wyglądać więc.... ;) Tak czy siak, piszę o czymś szczególnym dla mnie. Myślę, że większość z was się domyśli czego może dotyczyć moja praca. :)
Ja dzisiaj jednak nie o tym. Chciałabym powrócić do swojej ulubionej (mam nadzieję, że też ją lubicie) serii. :)
Dzisiaj zabieram was w podróż do Rzymu! Największego z dotychczasowych miast, o których pisałam. Rzym pełen jest swoich legend, każdemu z pewnością kojarzy się z placem świętego Piotra, tłokiem, skuterami i z "La dolce vita":).
Mi też się z tym kojarzył. Widziałam je jako zapierające dech w piersiach miasto, pełne pięknych zaułków, historii, namacalnego ideału. Ewentualnie jeszcze z tym, że mój dobry kolega z wczesnych nastoletnich lat był Rzymianinem, :D

Początek mojej rzymskiej przygody nie był łatwy. Nie pamiętam nawet pierwszych chwil w tym mieście poza tym, że na siłę uśmiechałam się do fotografii. Czułam się fatalnie i nie potrafię nawet tego opisać jakie boleści mnie wtedy dopadły, bo na samą myśl mi słabo. Efektem tego było, że w dwie godziny udało mi się wydać ponad 50 euro na samą wodę, lekarstwa, kawę i o ZGROZO herbatę. Naprawdę w samym centrum nie było już chyba restauracji, w której nie piłabym chociaż wody. Tak, tak wiem, że w mieście można czerpać wodę za darmo, ale byłam na to wszystko zbyt zdesperowana.

Rzym pamiętam też jako piękną fontannę Di Trevi, do której nie mogłam się dopchać, bo kto z was był w Rzymie w środku lata i próbował dojść do DI Trevi po południu, na pewno wie o czym mówię. :) Finalnie w końcu udało mi się chociaż przez chwilę na nią popatrzeć i wrzucić monetę. Mogłabym stać do końca życia i patrzeć na Di Trevi. Przysięgam.

Rzym pamiętam też jako uroczą restaurację, tuż przy fontannie gdzie zjadłam najdroższą margheritę w życiu, ale w zamian zyskałam rozmowę z bardzo miłą menadżerką, która opowiedziała nam historię restauracji oraz z przeeeeeeemiłym właścicielem koło 80tego roku życia, który uczył korzystać mnie z nowych technologii. ;D
Rzym z moich wspomnień to też przerażające metro. Naprawdę nigdy nie jechałam metrem, które wywoływałoby we mnie taki lęk! Do tego Hindus, który praktycznie mnie molestował, ale na moje szczęście wysiadł dwie stacje wcześniej i na odchodne finalnie przesłał mi tylko buziaki. UFF.
Rzym jest żywą historią i czasem przestaje dziwić się Rzymianom, że tak często uważają się za lepszych. Mieszkanie w takim miejscu na stałe musi być czymś niesamowitym. Gubiłyśmy się w tych uliczkach, a finalnie i tak trafiałyśmy gdzie trzeba. Magia.
Za każdym razem, gdy przystawałam i patrzyłam przed siebie, natrafiałam na coś przepięknego. Gdybym mogła zatańczyć boso z butelką wina na jednej z ulic pod osłoną nocy, a potem moczyć stopy w Fontannie Di Trevi...
Kocham się w Rzymie i mam na niego dalsze plany.
Mówi się, że Paryż jest miastem miłości. Czasem mówi się tak też o Wenecji... Ale dla mnie to Rzym jest najdoskonalszym miastem dla zakochanych.









Jakie jest wasze ulubione miasto?