sobota, 5 listopada 2016

#95 Długa historia o tym jak przestać bać się Włochów.


Ciao kochani!
Obiecałam wam ostatnio bardziej osobiste posty o moich włoskich przygodach. Językowych, kulturalnych.. i mam zamiar dotrzymać danego słowa!
Dlatego też przychodzę dziś do was z wpisem o dość intrygującym tytule, prawda?
Jeśli pomyśleliście, że mam zamiar opisywać jakieś najgorsze cechy Włochów lub coś w tym stylu to jesteście w dużym błędzie.
Dziś będzie o tym jak zacząć żyć na spokojnie. Przełamać bariery językowe. Porażki przekuwać w sukces i z każdej sytuacji wyciągać lekcje. Myślę, że to dobre w kontekście nauki każdego dowolnego języka obcego, nie tylko włoskiego i dlatego jest to notka dość uniwersalna.

- Nigdy nie było mi głupio, że powiedziałam coś źle, dłużej niż minutę. Głupiej mi było, gdy nie mówiłam nic. Gdy coś przekręciłam, zazwyczaj byłam poprawiana z cierpliwością i uśmiechem (lub nie byłam wcale, ale o tym niżej...).
ZA TO
-Chciałam zapaść się pod ziemię za każdym razem, gdy chciałam coś powiedzieć i jakaś dziwna moc blokowała mi to w gardle.
MIMO TO
- We Włoszech łatwiej mówić po włosku niż w Polsce. Nagle wszystkie zbłąkane słowa pojawiają się w oka mgnieniu. Nigdy na żadnym kursie włoskiego, w szkole, na studiach, nigdy nie udało mi się zebrać włoskich myśli tak szybko jak podczas rozmowy z Włochem we Włoszech. Myślę, że to kwestia osłuchania. Gdy wsiąkasz w jakiś klimat i rozumiesz co wokół ciebie mówią, zaczynasz myśleć w tym języku i wyłapywać słowa z "powietrza".;)
- Gdy byłam młodsza i mówiłam "giusto", gdy powinnam mówić "gusto" i NIKT NIGDY NIE ZWRÓCIŁ MI UWAGI za co jestem zła, bo mogłam sobie oszczędzić mówienia "giusto" i "giusto" i "giusto" ;) Czemu nikt mi nie powiedział no!
- Gdy myślałam, że coś ze mną ostro nie tak, gdy nie rozumiałam 5 przekrzykujących się na raz Włochów.
- Gdy skupiałam się co odpowiedzieć i nie pamiętałam co mówi rozmówca. Chciałam zapaść się pod ziemię. ZNÓW. Byłam z siebie taka dumna, bo ułożyłam w głowie śliczne zdania do wypowiedzenia, ale co, gdy dotyczyły one jedynie pierwszej części przemowy, a drugiej nie pamiętałam?
- Sprawdzałam wszystko w słowniku, a im więcej sprawdzałam tym więcej mi umykało. Pewnie dlatego, że zamiast się wysilić to wolałam dla pewności coś sprawdzić.
- Mając 15 lat musiałam przeprowadzić swoją pierwszą rozmowę telefoniczną z Włoszką. Byłam przerażona, bo nie cierpię rozmawiać przez telefon i generalnie jestem okropnie zestresowana nawet, gdy w Polsce muszę zadzwonić do kogoś kogo ledwo znam i, gdy tylko to możliwe, unikam. ;D. Do tego mając 15 lat posługiwałam się tylko prostymi zdaniami, BYŁAM PRZERAŻONA i tak bardzo do tego zmuszona. Zadzwoniłam i drżącym głosem powiedziałam, że nie zdążymy na czas odebrać kluczy do domu. Przemiła pani odpowiedziała, że nie ma problemu i zostawi nam zapalone światło, żebyśmy trafili (był już praktycznie środek nocy). Odpowiedziałam "Va bene, grazie" i... Zaczęłam płakać do słuchawki. Byłam tak zestresowana, a jednocześnie szczęśliwa, że udało mi się wysłowić przez telefon, że zaczęłam płakać i do końca miesiąca się za to wstydziłam, mijając tą zdezorientowaną kobietę, której i tak finalnie wszystko wyjaśniłam ahah.
- A co było, gdy miałam 12 lat? Wynajmowaliśmy przepiękne mieszkanie przez 3 lata z rzędu. Chyba nigdy go nie zapomnę. Prawdopodobnie było to najpiękniejsze mieszkanie i okolica w jakiej pomieszkiwałam we Włoszech. Wszystko tam było tak idealne, że nawet ja mistrzyni "NIE MAM POJĘCIA GDZIE JESTEM" i w dodatku jako dziecko, chodziłam wszędzie sama. Do parku, na plażę, po pizze, po lody, do sklepu... Trafiałam dosłownie wszędzie chyba po raz pierwszy. ;D (PS. Jestem psychopatką, ale często oglądam to mieszkanko w internecie i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś je wynajmę!). Zgubiłam wątek. Tak więc jak już wam mówiłam, chodziłam wszędzie sama. Pewnego dnia jak zwykle poszłam do kiosku. Po cukierki i gazetę. Sprzedawca zagadywał, w końcu kupowałam u niego te gazety codziennie już od pół miesiąca. Mój ubogi zasób słownictwa pozwalał mi jedynie na jakieś potwierdzenia. Tak morze jest piękne, tak pogoda piękna, tak, dziękuję, tak, proszę. ;D Ale jemu to nie przeszkadzało w mówieniu do mnie, jak to Włochowi. Tego ostatniego dnia zebrałam się, żeby powiedzieć coś ambitniejszego i oczywiście zapomniałam słowa. Zrobiło mi się tak głupio, że uśmiechnęłam się, wybrałam szybko cukierki i PIERWSZĄ LEPSZĄ gazetę nawet na nią nie patrzeć. Wystarczająco zawstydziłam się faktem, że nie mogę się wysłowić. Sprzedawca spojrzał na okładkę, gdy podawałam mu pieniądze i zaśmiał się, a ja naprawdę nie wiedziałam o co mu chodzi. Dopiero, gdy wyszłam ze sklepu okazało się, że kupiłam jakieś badziewne pismo o gwiazdach topless na plaży. Tak to się kończy. Gdy wstydzisz się, że nie możesz się wysłowić, okazuje się, że robisz coś jeszcze gorszego! ;D


Wiecie co jest największym (według mnie) motywatorem do nauki języka obcego? Znajomi i wstyd.
Ewentualnie znajomi + wstyd, bo to już najlepsza motywacja jaka może być! ;)
Np. gdy byłam młodsza (byłam w gimnazjum dajmy na to) zupełnie nie interesowałam się językiem angielskim. Wiedziałam, że jest potrzebny, ba! Bardzo potrzebny, ale nigdy szczególnie za nim nie przepadałam, a do tego nie miałam z kim go praktykować w "żywym środowisku." Uczyłam się bardziej z przymusu, bo jest taki potrzebny niż z jakieś realnej potrzeby. Miałam już przecież swój włoski, który chciałam chłonąć z miłości. Moje nastawienie zmieniło się, gdy poznałam przemiłą dziewczynę z Francji, z którą porozumiewać się mogę tylko po angielsku, bo przez całe moje życie mój poziom z francuskiego najprawdopodobniej nie przekroczył A2, a po latach nie używania spadł poniżej A1. xd Znalazłam realną motywację, a język angielski przestał być aż tak diaboliczny. Co do wstydu. Wstyd, że będąc we Włoszech wypadło mi z głowy jakieś słowo, że nie wiem co powiedzieć, że nie zrozumiałam wszystkiego... Doprowadzał mnie do rozpaczy. Obiecałam sobie kiedyś, że nigdy więcej nie poczuję tego wstydu. Realna motywacja gotowa.
Co do samych Włochów. Każdy kto rozpoczyna swoją przygodę z tym krajem/kulturą/językiem, powinien zdawać sobie sprawę, że we Włoszech dużo gorsze jest milczenie niż mówienie źle. Nikt nie będzie na ciebie krzyczał czy obrażał się, że kaleczysz nieco jego język. Jeśli ktoś cię poprawia, nie obrażaj się. Nie sądzę, aby ktoś to robił z poirytowaniem. Lepiej słuchać i zapamiętywać co mają ci do powiedzenia. Nikt nie poprawi cię lepiej niż rdzenny mieszkaniec i nigdy nie ma co się spierać, że wiesz lepiej. Pokora, zawziętość i dobrzy ludzie dookoła. To zawsze klucz do sukcesu.

Kochani piszcie mi o swoich przygodach/ małych porażkach/ radościach/ doświadczeniach związanych z pierwszymi konfrontacjami języka, którego się uczyliście z życiem codziennym.
O czym jeszcze chcielibyście poczytać?
Buziaki! :*

25 komentarzy:

  1. Ja się nie boję ani ciut ciut. Marzę o tym by odwiedzić ten piękny kraj i porozmawiać - może i nieporadnie - z Włochem lub Włoszką. :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Fantastyczny post! Czytając, uśmiechałam się od ucha do ucha, przypominając sobie moje własne historie, kiedy tylko zaczęłam podróżować i co najlepsze poznałam wtedy mojego obecnego chłopaka, z którym własnie mogłam porozumieć się tylko po angielsku!
    Teraz moj problem dotyczy języka hiszpańskiego... Chciałabym płynnie mowić, a wstydzę się odewać w najprostszych słowach. Podziwiam Ciebie za odwagę! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję kochana! :) Co do hiszpańskiego też doskonale cię rozumiem. Uczę się, ale jak już się odezwę to zaczynam i tak mówić po włosku więc zaczynam się wstydzić mówić cokolwiek.;D

      Usuń
  3. mam podobne doświadczenia, co prawda nie z językiem włoskim a z angielskim i holenderskim ;) czułam się potwornie niezręcznie, gdy nie mówiłam nic... tyle lat nauki i wszystko to (cytując klasyka) "jak krew w piach" :P najważniejsze to się przełamać, a potem już leci ;)
    pozdrawiam
    www.zyciejakpomarancze.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo fajny post :-)W mojej pierwszej pracy w Irlandii wstydziłam się odezwać, niektórzy myśleli że nie mówię po angielsku, potrzebowałam dobre parę tygodni aby się przemóc. W tej chwili mogę komunikować po angielsku z każdym i o wszystkim :-) Natomiast problem mam z francuskim, w szkole go nie miałam i trudno mi wymawiać niektóre ich słowa.

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj ja też się nie boje, ale przydała by mi się osoba która umiała biegle ten język w razie "w" zawsze bym miała pomoc.
    Pozdrawiam serdecznie ;).
    www.moda-eny.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. ja tak miałam jak bylam w Holandii, wstydzilam sie powiedziec cokolwiek ;d

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja zawsze mam barierę, żeby się odezwać, ale im dłużej mieszkam zagranicą i codzienność mnie do tego zmusza, tym bardziej się otwieram :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Także mam barierę i boję się odezwać.Wolę nie mówić o moich dwóch sytuacjach,w których spaliłam się ze wstydu.

    http://weruczyta.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. O tak, znajomi i wstyd to silne motywacje. Często mam barierę, żeby coś powiedzieć, ale gdy już używam języka obcego przez dłuższy czas, to już się tak bardzo nie przejmuję :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja tam nie boję się odezwać, raczej jestem odważna i dość śmiała:) zawsze można dogadać się na migi 😂

    OdpowiedzUsuń
  11. po przeczytaniu tytułu myślałam, że post będzie raczej o tym jak przestać bać się Włochów, czyli jak nie być onieśmieloną przez włoski rodzaj męski haha xd
    wpis bardzo interesujący, włoskiego nie znam, jednak z angielskim czy hiszpańskim często mam taką blokadę, że wolę nic nie mówić niż powiedzieć coś źle. Wstydzę się swoich błędów, choć i milczenie nie działa na mnie lepiej.

    też tak mam z rozmową przez telefon z obcymi ludźmi - krępuje mnie to :P.
    zapraszam na nowy post :)
    stylowana100latka.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Włosi umieją onieśmielać i chyba robią to specjalnie więc na ten temat moznaby napisac cały poradnik.:D

      Usuń
  12. włoskiego nie znam, ale chciałabym się kiedyś uczyć;p w tym roku w wakacje, gdy pomagałam koleżance stać na stosiku, ponaliśmy rodzinę włochów - kurcze ludzie przesympatyczni i przemili;d jedyne co, to było mi dziwnie jak Paolo (tak miał na imię) całował typowo w usta , a nie w policzek na powitanie lub pożegnanie :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O kurcze, włosi są naprawdę otwarci :D

      Usuń
    2. Co racja to racja:) I takie rzeczy się we Włoszech i z Włochami zdarzają :D

      Usuń
  13. Ja ogólnie nie lubię słuchać komplementów na swój temat bo mocno mnie to onieśmiela a co dopiero od włochów oni to potrafią bajerować ;)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  14. Znam ten bol rozmow telefonicznych. Myslalam, ze tylko ja jestem dziwna :P

    OdpowiedzUsuń
  15. zazdroszczę, chciałabym poznać język włoski :)
    Mogłabyś kliknąć w linki TU ? Dzięki:*

    OdpowiedzUsuń
  16. Jestem na Twoim blogu dosyć często. Wiem, że wszystko kręci się wokół Włoch, ale nie przypuszczałam, że masz taką ogromną wiedzę na ich temat! Ja akurat włochów się nie boję haha!
    Littleredcherrysmile click

    OdpowiedzUsuń
  17. Włochy.. ten klimat i Ci ludzie, ach :))

    Zapraszam do mnie :D
    http://malgosiastyle.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, z chęcią bym tam wróciła:)

      Usuń