czwartek, 18 maja 2017

#157 O włoskich urywkach z życia słów kilka, cz.1

Gdy myślę o szczęściu zawsze jestem tam...
Zamykam oczy by widzieć wszystko jeszcze lepiej i tak naprawdę robi mi się obojętne czy wyobrażam sobie siebie na jednej z szerokich plaż w Abruzzo czy na wyschniętych od słońca wzgórzach w Kalabrii. Kocham tam być i nie potrafię wyobrazić sobie szczerszego i czystszego uczucia. Często myślę o tych wszystkich wyprawach i próbuję przypomnieć sobie jaką radość dawały mi, gdy byłam małym dzieckiem. Pamiętam jak dziś, gdy mając 12 lat jak zwykle pakowałam się na wyjazd do Włoch i myślałam tylko o tym, że znów to poczuję. Zapach kremu przeciwsłonecznego na mocno opalonej skórze. Wyschnięte źdźbła trawy pękające po bosymi stopami, bo jako dziecko we Włoszech często biegałam na bosaka. Czy to po ostrej łące, czy to po rozgrzanym betonie. Zawsze kochałam chłonąć wszystko każdą komórką ciała. Pamiętam jak dziś, gdy mając te całe 12 lat stałam pośrodku pola w Abruzzo i patrzyłam w niebo. Pamiętam, że powiedziałam wtedy "Pierwszy raz tutaj widzę błękit zmieniający się w grafit". Niebo robiło się takie niespokojne, burzowe. Wiało i cały ten raj już za moment miał zamienić się w deszczową krainę. Tego dnia lało przez całe 15 minut. Stałam na tarasie wychylając się niebezpiecznie poza jego granice. Z tego położenia doskonale widziałam morze i walące w nie pioruny. Zawsze miałam słabość do wody. Trenowałam pływanie i do tej pory nic nie potrafi uspokoić mnie tak jak morskie fale. W ciągu 15 minut miało miejsce także potężne gradobicie. Powgniatało maski samochodów bardzo dotkliwie i widziałam rozpaczliwe miny niejednego z kierowców.
Tego lata działo się dużo magicznych rzeczy, o których tutaj nie napiszę, ale one zapisały się w mojej głowie na zawsze.
Tego lata pływałam też podczas sztormu przy czerwonej fladze, ignorując całkowicie ratownika, który finalnie wyszarpał mnie z wody ratując najpewniej tym samym moje nastoletnie życie.
Kolekcjonowałam naklejki, które dostawało się przy zakupie lodów. Cała moja rodzina musiała jeść te konkretne lody i dbać o to, aby naklejki się nie zdublowały. Czasem dostawałam darmowe porcje, bo uśmiechałam się szeroko i dukałam po włosku. Sprzedawca uśmiechał się wtedy jeszcze szerzej, uradowany najprawdopodobniej moimi staraniami i mówił "Che bella ragazzina!". Dostawałam swoją potrójną porcję lodów zamiast podwójnej.
Wracaliśmy w to miejsce kilkakrotnie i chyba, gdy myślę o największym włoskim szczęściu to właśnie to miasto widzę w swojej głowie. Miałam te 11,12,13 lat i czułam się tam wolna jak nigdzie indziej. Ja, osoba, która zgubi się wszędzie, pamiętałam wszystkie przecznice na pamięć i wszędzie chodziłam sama. Biegałam sama po plaży i czasem dochodziłam do innego miasta oddalonego o kilka kilometrów. Byłam blond 12 latką bez telefonu, dukającą ledwo po włosku, a mimo to nigdy się nie bałam. Czułam się wolna i jeszcze bardziej wolna. Znałam na pamięć położenie wszystkich moich ulubionych miejsc. Rano biegałam do ulubionego kiosku, który jak do tej pory pamiętam, znajdował się 5 ulic w prawo po wyjściu z apartamentu. Po południami biegałam po lody. Wydaje mi się, że gdybym nawet teraz znalazła się tam znów po tylu latach, które minęły... Zamknęłabym oczy i z pamięci poszła w każde utęsknione miejsce. Tyle razy planowałam tam później wrócić i zawsze lądowałam gdzie indziej. Trochę się boję. Co jeśli moje ukochane miejsca już nie istnieją? Co jeśli ten starszy pan nie prowadzi już kiosku? Czy na pewno dobrze jest zawsze wracać w miejsca, które znaczyły dla nas wiele? Czasem mi bardzo smutno, ale życie już takie jest. Niemożliwym jest wracać w każde miejsce, które widziały nasze oczy. Może dlatego to takie piękne. Magiczne. Może dlatego ja trzymam wszystko w sercu...
Rzadko kiedy z Italii wracaliśmy prosto do Polski. Po upalnych, włoskich tygodniach jechaliśmy dalej. Brakuje mi tego. Bycia dzieckiem w długiej trasie.


Dajcie znać czy podoba wam się nowa seria "o włoskich urywkach z życia słów kilka". Planuję takie szczere, pełne wspomnień posty, bo któż nie lubi czasem na nowo się rozmarzyć?

11 komentarzy:

  1. Bardzo mi się podoba i chcę więcej, więcej, więcej! ♥ Mnie również woda uspokaja i mam do niej pewnego rodzaju sentyment. Czasem naprawdę trudno wracać do miejsc, które już nie są takie same jak kiedyś. Nieraz coś nowego doszło do znanego nam krajobrazu, a nieraz coś ubyło z tej przestrzeni. Lubię wracać do ulubionych miejsc, ale bardzo rzadko to robię, bo wolę poznać, zobaczyć, poczuć coś nowego :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pięknie napisane, uwielbiam wracać co roku do takich miejsc i przypominać sobie różne rzeczy. Miałaś cudowne dzieciństwo że tak dużo podróżowałaś :D Jednak klimat i atmosfera południa Europy jest cudna <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, jako dziecko sporo podróżowałam i jestem za to bardzo wdzięczna. :)

      Usuń
  3. Ach... takie wpsominki są iście bezcenne za co dziękuję CI za to ! Włoskie procje to dopiero porcję :) Ja jak byłam dzieckiem to głównie jeździłyśmy do Niemiec, z Włoch dostawałam upominki od Brata hihh :) Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Napisałaś to przepięknie i aż chce się czytać wiecej i wiecej ! <3 doskonale moglam wyobrazić sobie małą dziewczynkę biegajaca boso i zachwycającą sie wszystkim. Mnie tez widok wody, morza uspokaja.
    Milego dnia ! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo, na pewno będzie więcej. <3

      Usuń
  5. Dużo serca wkładasz w swoje wpisy, oczywiście czekam na kolejny ;)
    Pozdrawiam ;)

    www.moda-eny.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. oj, wspomnienia to piękna rzecz. :) kocham Włochy <3 tak swoją drogą to super blog, dodaję sobie do obserwowanych żeby śledzić na bieżąco :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Mnie też woda uspokaja :) takie ma działanie kojące, gdybym miała możliwość sama patrzyłbym jak błyskawice uderzają w wodę. To musiał być niesamowity widok. Przyjemnie mi się czytało :)

    OdpowiedzUsuń